– Obawiam się, że jeślibym wszedł w świat polityki, skończyłbym tak, jak Michaił Chodorkowski – deklarował Andrej Babiš raptem dwa i pół roku temu, odpowiadając na pytania internautów. Najwyraźniej jednak przedsiębiorca i multimilioner sam nie wierzył w to, że może podzielić losy najsłynniejszego więźnia politycznego putinowskiej Rosji, bo niespełna rok później utworzył partię polityczną i stanął na jej czele. Ugrupowanie ANO (skrót od nazwy Akce nespokojených občanů, czyli Akcja Niezadowolonych Obywateli) okazało się czarnym koniem zeszłorocznych wyborów parlamentarnych w Czechach. Zupełnie niespodziewanie zdobyło prawie 18,7 proc. głosów (nieznacznie tylko przegrało z faworyzowaną, socjaldemokratyczną ČSSD), dzięki czemu zdobyło aż 47 miejsc w 200-osobowej izbie niższej parlamentu.

Reklama

W czeskiej prasie zaczęto wtedy porównywać Babiša do amerykańskiego multimilionera Rossa Perota. W 1992 r. postanowił on zostać prezydentem USA, a dzięki wysokiemu poparciu w sondażach wziął nawet udział w debatach telewizyjnych. Polityczna gwiazda Perota szybko jednak zgasła i dziś jest tylko historyczno-polityczną ciekawostką. Czy podobnie będzie z Babišem?

2 mld dol. na tyle „Forbes” szacuje majątek Andreja Babiša

Być może, jednak na razie zarówno przedsiębiorca, jak i jego partia są zdecydowanie na wznoszącej. ANO jest obecnie – razem z ČSSD i z chadeckim stronnictwem KDU-ČSL – w koalicji, która stara się stworzyć nowy rząd. A Babiš, który jest już parlamentarzystą, ma wkrótce zostać wicepremierem odpowiedzialnym za gospodarkę.

Początkowo lider ANO chciał kierować ministerstwem finansów, jednak tu przeszkodą okazała się jego nie do końca jasna... przeszłość. Prezydent Czech Miloš Zeman zażądał od kandydatów na szefów poszczególnych resortów oświadczeń lustracyjnych. Problem w tym, że w latach 80. nazwisko Babiša znajdowało się na liście tajnych współpracowników czechosłowackiej służby bezpieczeństwa. Sam przedsiębiorca stanowczo zaprzecza oczywiście, by kiedykolwiek był konfidentem komunistycznej bezpieki – prowadzi zresztą w tej sprawie spór z bratysławskim odpowiednikiem Instytutu Pamięci Narodowej (Babiš z pochodzenia jest Słowakiem) – jednak wymaganego zaświadczenia przedstawić nie mógł. Dlatego też wymyślił dla siebie stanowisko wicepremiera ds. ekonomicznych, niebędącego ministrem.

736. miejsce na najnowszej liście najbogatszych ludzi globu miesięcznika „Forbes” zajmuje Babiš

Kwestia ewentualnej współpracy Babiša z czechosłowacką policją polityczną to zresztą niejedyna zagadka w jego życiorysie. Wątpliwości dotyczą m.in. pobytu przedsiębiorcy w Maroku, do którego pojechał w połowie lat 80. jako pracownik centrali handlu zagranicznego Petrimex, a przede wszystkim przejęcia w latach 90. państwowego przedsiębiorstwa chemicznego Agrofert. Babiš stał się jego właścicielem za pośrednictwem zarejestrowanej w Szwajcarii firmy krzak. Jeszcze dziwniejsze wydaje się to, że za późniejsze przejmowanie w ramach prywatyzacji kolejnych firm nadzwyczaj często dostawał państwowe kredyty.

Nie zmienia to faktu, że dziś Babiš jest jedynym właścicielem liczącego ponad 200 podmiotów koncernu rolno-chemicznego, którego wartość przekracza 14 mld zł, i zajmuje drugie miejsce na liście najbogatszych obywateli Czech. Jesienią zeszłego roku koncern Agrofert sfinalizował zakup grupy medialnej Mafra, która wydaje m.in. dwa najpoczytniejsze czeskie dzienniki „Mlada fronta Dnes” oraz „Lidove noviny”. Konkurencyjne media okrzyknęły więc natychmiast biznesmena czeskim Silvio Berlusconim. Kilka dni temu tamtejsza edycja miesięcznika „Forbes” umieściła Babiša na pierwszym miejscu listy 50 najbardziej wpływowych ludzi w krajowych mediach.

1/3 czeskiego rynku rolnego jest już pod kontrolą Babiša

Jednak nie wszystkie biznesowe plany multimilionera z Bratysławy okazywały się trafione. A najbardziej – jak sam twierdzi – sparzył się na kontaktach z polskimi firmami. – Próbowałem kiedyś kupić polską spółkę chemiczną i gdy w przetargu uczestniczył już tyko Agrofert i Orlen, polski rząd odwołał prywatyzację. Polacy nie lubią zagranicznych inwestorów i wolą sprzedać swoje firmy własnym funduszom emerytalnym. Po moich doświadczeniach z Orlenem już nigdy nie wystartuję w prywatyzacji polskich firm chemicznych – deklarował Babiš w rozmowie z polskim dziennikarzem kilka lat temu.

Na tę opinię wpływ ma z pewnością jeszcze jedno traumatyczne dla niego wydarzenie. W pierwszej połowie minionej dekady Babiš był wspólnikiem Orlenu, gdy ten starał się o zakup prywatyzowanej czeskiej firmy Unipetrol. Przetarg zakończył się sukcesem płockiego koncernu. Ręce zacierał także Babiš, bo Orlen obiecał wcześniej, że gdy przejmie Unipetrol, odsprzeda mu kilka firm należących do tej grupy. Jednak gdy przyszło co do czego, Orlen odmówił sfinalizowania transakcji i wypłacił tylko Agrofertowi kary umowne. Choć Babiš ciągał polski koncern po sądach, niewiele zdziałał.