Słyszymy coraz więcej zapowiedzi, kto będzie kandydował w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Pojawiają się nazwiska stosunkowo najlepszych polityków, a w każdym razie takich, którzy czasem mieli własne zdanie, wyróżniających się niezależnością i pewną osobistą klasą. Jeżeli wielu z tych znanych kandydatów dostanie się do PE, sala sejmowa stanie się jeszcze bardziej ponura i bezbarwna. Czy demokracja musi prowadzić do tego, że politykami (z nielicznymi wyjątkami) stają się osoby z trzeciej lub czwartej ligi?

Odpowiedź, jakiej udzielę na te pytanie, należy do sfery marzeń, ale jeżeli się nie marzy, nie wymyśla się tego, co wydaje się niemożliwe. I nic się nie zmienia. Przypomnijmy więc najpierw zasadnicze rozróżnienie na politykę jako zawód i politykę jako powołanie, którego dokonał Max Weber. Obecnie idea powołania jest tak bardzo odległa od rzeczywistości, że zostaje nam tylko (jak tego chciał Weber) polityka jako zawód. A jeżeli tak, to rozważmy naturę tej profesji. W czym jest podobna do zawodu ślusarza czy adwokata, a pod jakimi względami odmienna.

Zawód polityka, po pierwsze, nie wymaga żadnych kwalifikacji, żadnych szkół, dyplomów, akceptacji przez izbę zawodową czy rzemieślniczą. Po drugie, jest to zawód wysokiego ryzyka, gdyż polityk, który straci zaufanie wyborców, teoretycznie może znaleźć się bez środków do życia. W praktyce stosunkowo rzadko tak bywa, ale nie jest to wykluczone. Lekarz, który przez dwie kadencje był posłem, może mieć trudności z powrotem do zawodu, a nic innego nie umie. Po trzecie polityk jest zawodem wysokiego zaufania społecznego. Dlatego słusznie o politykach możemy wiedzieć więcej niż o prywatnych osobach, dlatego wszelkie wydatki polityka podlegają szczególnej kontroli i dlatego politycy cieszą się popularnością wśród swoich wyborców, ba - powinni nawet cieszyć się zaufaniem. I po czwarte, zawód polityka nie wiąże się z żadnymi konkretnymi kompetencjami, poza zdolnością pozyskiwania sobie wyborców. Na ogół politycy nie są specjalistami, a nawet jeżeli polityk jest lekarzem czy profesorem wyższej uczelni, to nie wynika z tego, że będzie dobrym ministrem zdrowia czy nauki. I z tego, że polityk kompletnie nie zna się na budowaniu dróg nie wynika, że będzie złym ministrem infrastruktury. Po prostu do bycia ministrem nie są potrzebne żadne kompetencje z wyjątkiem talentów medialnych.
W takiej sytuacji bardzo trudno sobie wyobrazić młodych ludzi o pewnych uzdolnieniach, wykształceniu, wiedzy specjalistycznej i energii oraz ambicji, którzy obieraliby zawód polityka. Nic ich do tego nie skłania, nawet nie pieniądze, bo związek zawodu polityka z pieniędzmi w demokracji teoretycznie powinien być bardzo odległy. Polityk jest wynagradzany, ale niezbyt wysoko, jeżeli uwzględnić ryzyko związane z tym zawodem. Z tego wszystkiego wynika, że tylko ludzie bardzo dziwni i szaleńczo ambitni lub kompletnie pozbawieni innych perspektyw mogą chcieć poświęcić się zawodowi polityka, a to prowadzi do wniosku, że z upływem lat jakość polityków będzie tylko coraz gorsza.

Jak sobie z tym poradzić, bo jakoś trzeba w interesie nas wszystkich? Propozycja moja polega na zmianie niemal rewolucyjnej, ale wcale nie jest skierowana przeciwko politykom. Otóż politycy powinni udzielać się publicznie na zasadach całkowicie bezinteresownych. Oczywiście można stworzyć zasady zwrotu kosztów i funduszy na doradców, ale sam polityk powinien służyć narodowi za darmo. Równocześnie politycy nie powinni zajmować miejsc w administracji państwowej, z jednym wyjątkiem prezydenta, bo czasem trzeba podjąć decyzje zasadnicze dla kraju (w gruncie rzeczy bardzo rzadko). Po wyborach parlamentarnych zwycięska partia lub koalicja powinna wynajmować ludzi na wszystkie stanowiska w administracji państwowej od premiera poczynając. Ludzie ci powinni być znakomitymi menedżerami, pozbawionymi wyraźnych poglądów politycznych, a co najmniej ich nie ujawniającymi. Ich zarobki powinny być równie dobre jak prezesów wielkich korporacji czy banków, a nawet lepsze. Jednak byliby tylko pracownikami partii politycznych, które mogłyby w każdej chwili i z rozsądnym uzasadnieniem zwolnić ich z pracy. Kierownictwa partii pełniłyby rolę nieco podobną do rad nadzorczych w wielkich firmach.

W czasach, kiedy polityka polega przede wszystkim na administrowaniu, funkcje publiczne powinni sprawować ludzie do tego przygotowani. Nasuwa się tu analogia z uniwersytetami, gdzie uparcie szefami są profesorowie czy ze szpitalami, gdzie wciąż najczęściej dyrektorami są lekarze. Może się zdarzyć, że profesor, który został rektorem odkryje w sobie talenty administracyjne, ale to są jedynie wyjątki. W Ameryce z zasady uniwersytetami kierują specjaliści, a nie uczeni. Podobnie jest z dyrektorami szpitali. Tam gdzie w grę wchodzi zarządzanie i to zarządzanie wielkimi – jeśli to duży uniwersytet - pieniędzmi, tam powinien się tym zajmować specjalista. W polityce podobnie.

Można zadać pytanie o cele i zadania, jakie wynajęci specjaliści mieliby realizować, ale – wbrew pozorom – nie jest to pytanie trudne. Większość zadań jest oczywista i panuje co do nich zgoda powszechna: rozwój gospodarczy, dobrobyt, zmniejszenie bezrobocia i nierówności, służba zdrowia, edukacja, pomoc socjalna. Natomiast cele sporne także powinny być realizowane wedle reguły korporacyjnej: istnieje konieczność wyboru między nastawieniem się na nowe technologie lub pozyskiwaniem klientów dla starych. Ktoś musi podjąć decyzję. W przypadku banku czy firmy czyni to właściciel, często w naszych czasach trudny do zidentyfikowania. W przypadku zarządzania państwem też powinien czynić to właściciel, czyli społeczeństwo – niestety – za pośrednictwem partii politycznych. Kiedy partie wyjaśnią swoje szczególne cele wynajętym administratorom, muszą jedynie pilnować ich realizacji, ale nie na co dzień, lecz np. trzymiesięcznych odstępach.

Polityka przestałaby w takiej sytuacji być zawodem, nie wiadomo jednak czy stałaby się od razu powołaniem. Być może powoli by się to udało, a wtedy można by oczekiwać udziału w niej ludzi najlepszych, o najszerszych horyzontach i dysponujących wizją interesu wspólnego.