Przyczyną do wznowienia alarmu są najnowsze wyliczenia organizacji MigrantWatch UK, z których wynika, że jeśli obecne trendy się utrzymają, imigracja netto do Wielkiej Brytanii z państw Unii Europejskiej osiągnie poziom 130 tys. osób rocznie. A to oznacza, że ich populacja będzie się co każde cztery lata zwiększać o tyle, ile wynosi cała ludność Manchesteru, piątego co do wielkości miasta w kraju. Co ciekawe, po raz pierwszy w historii głównym źródłem imigracji będą przybysze z Unii, a nie ci spoza niej. Przyczynia się do tego zarówno to, że rządowi Davida Camerona udało się ograniczyć liczbę tych drugich, jak i fiasko – pomimo szumnych zapowiedzi – w zmniejszaniu przyjazdów tych pierwszych. Wobec tego szanse na to, że brytyjskiemu premierowi uda się do 2015 r. sprowadzić liczbę migrantów netto poniżej 100 tys. osób rocznie, są znikome. I nie udałoby się to nawet, gdyby Londyn jednostronnie wydłużył okres przejściowy dla obywateli Bułgarii i Rumunii, bo okazuje się, że dynamicznie rośnie też imigracja z dotkniętych kryzysem państw starej Unii.

Według statystyk na temat nowo rejestrujących się w systemie ubezpieczeń społecznych, które są dość wiarygodnym źródłem informacji o skali imigracji, w zeszłym roku ich liczba wzrosła o 19 proc., osiągając 617 tys. (to znaczy, że ok. 400 tys. osób uznało, że Wielka Brytania jednak nie jest ich miejscem na ziemi, i wyjechało).
Największy wzrost zanotowano w przypadku Włochów – liczba nowo przyjeżdżających zwiększyła się aż o 66 proc., do 44 tys. Niewiele niższa dynamika wzrostu jest w przypadku Portugalczyków (47 proc. w górę do 30 tys.) i Hiszpanów (wzrost o 36 proc. do prawie 52 tys.). Jeśli chodzi o Polaków, to liczba nowo przyjeżdżających w zeszłym roku była o 39 proc. wyższa niż w 2012 r.
Wprawdzie dla zdecydowanej większości imigrantów – niezależnie, czy z nowych, czy ze starych krajów UE – celem przeprowadzki jest praca (odsetek pracujących imigrantów z ośmiu państw Europy Środkowo-Wschodniej, dla których rynek pracy otwarto w 2004 r., wynosi 79 proc., podczas gdy dla całej populacji Wielkiej Brytanii – 71 proc.), a nie zasiłki, nie zmienia to jednak faktu, że tak szybki przyrost jest pewnym problemem. Bo choć statystyczny imigrant zostawia w brytyjskim budżecie więcej pieniędzy niż z niego pobiera, nowo przybywających ludzi trzeba gdzieś pomieścić, czyli potrzeba więcej mieszkań, szkół, szpitali, autobusów. A nawet tak dynamicznie rozwijająca się gospodarka – jak na skalę europejską, oczywiście – jaką stała się w ostatnich miesiącach Wielka Brytania, nowego Manchesteru budować co cztery lata nie da rady.
Bartłomiej Niedziński dziennikarz działu świat / Dziennik Gazeta Prawna