Za kilka tygodni, jak co roku z wielką pompą, zostanie ogłoszony Dzień Wolności Podatkowej. Tego dnia nasz przychód pokryje podatki, przestaniemy w końcu pracować na państwo, a zaczniemy zarabiać dla siebie. Centrum Adama Smitha podało, że w ubiegłym roku Dzień Wolności Podatkowej nastąpił 22 czerwca. – Ta informacja ma pokazywać obywatelom, jaki jest rzeczywisty poziom obciążeń podatkowych – wyjaśnia Andrzej Sadowski, wiceprezydent CAS. – Chcemy także uświadomić Polakom, że płacą nie tylko podatek od dochodów osobistych, lecz również VAT czy akcyzę. A to wszystko jest konsekwencją wydatków rządowych – mówi ekonomista.

Od niemal dekady Dzień Wolności Podatkowej wypada u nas w drugiej połowie czerwca lub na początku lipca. Sadowski dodaje dla porównania, że w Ameryce na początku XX w., gdy rząd skupiał się przede wszystkim na finansowaniu armii, był to 20 stycznia (w latach 1910–1917 obciążenie podatkowe obywateli USA nie przekraczało 6,7 proc.). Tax Foundation, zajmująca się wyznaczaniem Dnia Wolności Podatkowej, szacuje, że w tym roku amerykański podatnik przeznaczy na podatki stanowe oraz federalne 30,2 proc. przychodów. Jednak nawet mimo tego Dzień Wolności Podatkowej powinien wypaść i tak znacznie wcześniej niż nad Wisłą – w drugiej połowie kwietnia (data nie została jeszcze ogłoszona).

Ludwik XIV w 2014 r.

W tym roku oddamy państwu ok. 41,6 proc. naszych przychodów – tak szacuje firma analityczno-doradcza PriceWaterhouseCoopers. W tegorocznym budżecie przychody z podatków Ministerstwo Finansów zaplanowało na 248 mld zł. Na tą kwotę zrzucimy się wszyscy, głównie poprzez podatki pośrednie: z podatku od wartości dodanej (VAT) ma pochodzić ponad 115 mld zł, a z akcyzy ponad 62 mld zł. Dochody niepodatkowe (cła, dywidendy czy różnego rodzaju grzywny lub opłaty) to kolejne 30 mld zł. Z kolei w „Mapie Wydatków Państwa” dotyczącej 2011 r. Fundacja Republikańska obliczyła, że przychody państwa wyniosły 665 mld zł. Deficyt sektora publicznego wyniósł wówczas prawie 80 mld zł, tak więc jego dochody można szacować na ok. 585 mld zł. Z tego ponad 100 mld zł obywatele wpłacili na konto ZUS, a ponad 60 mld zł na rachunek Narodowego Funduszu Zdrowia.

Pieniądze, które wpływają do sektora publicznego, wydawane są na policję, wojsko, służbę zdrowia, szkoły, inwestycje infrastrukturalne. Finansowany jest z tego również aparat urzędniczy, urzędy skarbowe, urzędy pracy, najróżniejsze zarządy specjalnych agencji, dyrekcji, synekury dla byłych i obecnych polityków, ich rodzin itd. Trudno się więc dziwić, że wśród podatników pojawiają się głosy, że obciążenia dochodów powinny być mniejsze.

„Każdy mieszkaniec Polski powinien mieć prawo do zadeklarowania się jako osoba pozostająca poza systemem podatkowym. Od takiej osoby podatki nie mogłyby być przymusowo ściągane, państwo mogłoby jedynie odmówić jej finansowanych z nich usług lub uzależnić świadczenie tych usług od wnoszenia opłat. Możliwość takiego wyboru byłaby rodzajem wentylu bezpieczeństwa, umożliwiającego rynkową kontrolę podatkowej polityki państwa” – można przeczytać na stronie Partii Libertariańskiej, zwolenników jak najmniejszej ingerencji państwa w życie obywateli. Jednak nawet libertarianie zakładają, że kwestie armii oraz obronności powinny zostać w gestii rządu. Ubiegłoroczne wydatki Ministerstwa Obrony Narodowej to niecałe 30 mld zł, tak więc możemy założyć, że te wydatki pokrylibyśmy ze wspominanych dochodów niepodatkowych. Ale pozostaje wiele innych usług, które państwo świadczy i które trzeba sfinansować.

Jeden dzień z życia króla

Dla potrzeb tego tekstu wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, że jesteś Ludwikiem XIV i powiedzenie „państwo to ja” jest jak najbardziej uzasadnione. Że wszystko poza armią finansujesz bezpośrednio z własnej kieszeni. Dosyć narzekania na państwo, które jest złodziejem.

Na samym początku musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: jakim budżetem dysponujemy? GUS podaje, że w kwietniu 2014 r. przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw (bez wypłaty nagród z zysków) wynosiło 3975 zł. By uprościć nieco wyliczenia, zaokrąglimy to do 4 tys. zł miesięcznie, czyli 48 tys. zł rocznie. Dla potrzeb tego tekstu załóżmy pewien arytmetyczny konsensus pomiędzy wyliczeniami PWC i Centrum Adama Smitha: przyjmijmy, że nasze obciążenia na rzecz sektora publicznego to ok. 45 proc. przychodów. Czyli na podatki przeznaczamy 1800 zł miesięcznie, co daje niebagatelną kwotę 21,6 tys. zł rocznie.

Przeżyjmy więc jeden hipotetyczny dzień z życia polskiego Ludwika XIV w roku 2014.

Wstajemy rano i odprowadzamy młodsze dziecko do przedszkola, starsze do szkoły. Nie ma przedszkoli państwowych, musimy więc na nie wydać ok. 1000 złotych miesięcznie (dziś państwowa placówka kosztuje ok. 400 zł). Czyli do tego, co już wydajemy, dopłacamy 600 zł miesięcznie, 7,2 tys. zł rocznie. Nasze drugie dziecko odprowadzamy do szkoły, siłą rzeczy również niepublicznej. Czesne wynosi ok. 700 zł miesięcznie, czyli 8,4 tys. zł rocznie. Jeśli jesteśmy więc rodzicami, tylko na edukację naszych pociech przeznaczymy 15,6 tys. zł, a z rocznego budżetu zaoszczędzonego na daninach państwowych zostało nam już tylko 6 tys. zł. Warto dodać, że jeśli zdecydujemy się na finansowanie naszym dzieciom studiów wyższych, w zależności od kierunku trzeba się przygotować na roczny wydatek od 8 tys. zł (np. akademia ekonomiczna) do ponad 30 tys. złotych (np. jeśli nasza latorośl zapragnęła zostać dentystą).

Jeszcze zanim dotrzemy do szkoły lub przedszkola, jadąc samochodem, być może będziemy musieli uiścić kilka opłat: najpierw na naszej lokalnej drodze, później na gminnej. Właściwie już nie gminnej (samorządy nie odpowiadają już za budowę i utrzymanie dróg), ale na tej nieco bardziej głównej, również prywatnej. Płacenie za drogi, czyli coś, co obecnie znamy tylko z poruszania się po autostradach, stałoby się codziennością. Ten koszt trudno zdefiniować, w każdym razie obecnie przejazd samochodem osobowym autostradą z Warszawy do Gdańska wiąże się z opłatą 29,9 zł, a za podróż Warszawa – Poznań zapłacimy 42 zł.

Gdyby za drogi odpowiadali prywatni inwestorzy, to liczba miejsc, do których można dojechać tylko dżipem z napędem na cztery koła, zwiększyłaby się radykalnie. Szczególnie zimą. Obecnie w określonej kolejności odśnieżane są praktycznie wszystkie drogi, które prowadzą do miast i wsi. W momencie, gdy jedynym powodem do odśnieżania będzie rachunek ekonomiczny, to drogi do liczących kilkunastu mieszkańców siół będą tygodniami zasypane śniegiem – ruch na nich jest tak mały, że nikomu może się nie opłacać ich odśnieżanie.

Według wspominanej „Mapy Wydatków Państwa” w 2011 r. na infrastrukturę wydaliśmy 65,5 mld zł, a połowa tej kwoty to wydatki samorządów na transport. – Dzisiaj w większych miastach samorządy opłacają ok. 40 proc. kosztów transportu publicznego. Gdyby ich nie było, ceny biletów musiałyby wzrosnąć o ok. 100 proc. – szacuje Adrian Furgalski, ekspert ds. transportu w Zespole Doradców Gospodarczych TOR. – Przekonanie o tym, że można tego typu usługi finansować tylko z biletów, jest mrzonką. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku przewozów regionalnych, które państwo również dofinansowuje. Te połączenia pełnią istotne funkcje społeczne. Na przykład bez nich niektóre regiony byłyby praktycznie odcięte transportowo od większych miast, a ludzie nie mogliby dojeżdżać np. do pracy.

Nieważne, czy autem, czy autobusem, poranna wyprawa do pracy kosztuje nas krocie. Możemy pocieszać się tym, że nic nie wydajemy na Inspekcję Transportu Drogowego (prywatny przedsiębiorca nie wpuści niesprawnych aut na swoje drogi z obawy przed sądowymi pozwami o odszkodowania od ofiar wypadków), Urząd Transportu Kolejowego czy w ogóle na infrastrukturę kolejową, na którą w ubiegłym roku przeznaczyliśmy 5 mld zł (w tym ma być jeszcze więcej). Należy jednak zakładać, że kolei po prostu nie będzie – na takie inwestycje prawdopodobnie nie pokusiłby się żaden prywatny inwestor. Nawet najwięksi, którzy teraz mają swoje udziały w budowie autostrad. Przy tak dużym wycofaniu państwa z życia publicznego pojęcie rządowych gwarancji straciłoby rację bytu, czyli ryzyko znacznie by się zwiększyło.

Jeśli państwo miałoby się ograniczać do kwestii podstawowych, na pewno nie dochodziłoby do takich sytuacji, jak wydanie 2,5 mld zł na budowę w Warszawie dwóch stadionów w odległości 2 km od siebie (Stadion Narodowy oraz Legii). Ale nie powstałyby również setki orlików. Tak więc za zajęcia pozasportowe z dużym prawdopodobieństwem trzeba by płacić znacznie więcej.

Wróćmy do dnia polskiego Ludwika XIV roku 2014. Wyobraź sobie, Czytelniku, że wychodzisz z pracy i... nie ma twojego auta. Policja takimi kwestiami się nie zajmuje, ponieważ jej rola z powodów radykalnych cięć budżetowych została ograniczona do ścigania najcięższych przestępstw, takich jak zabójstwa. Tak więc co miesiąc płacisz prywatnej agencji ochrony abonament, który zobowiązuje ją do pomocy w takich przypadkach. Załóżmy, że koszt w zależności od wachlarza usług kształtowałby się na poziomie 300–400 zł miesięcznie. Tak naprawdę trudno to ocenić, bo dziś policja, poza nielicznymi wyjątkami typu wielkie imprezy masowe, nie szacuje kosztów swojej działalności. Nie wiem więc, ile kosztuje dzień pracy ekipy śledczej.

Jeśli już dany przestępca zostałby złapany, to najpewniej trafiłby do prywatnego więzienia. – W Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie, a nawet w Wielkiej Brytanii takie placówki już działają. Z tym, że nie są to więzienia o najcięższym rygorze, a raczej takie dla osób skazanych krótkoterminowo – tłumaczy Brunon Hołyst, profesor kryminologii. – Ich główną zaletą jest to, że koszty utrzymania więźnia są niższe niż w placówkach państwowych, nie ma tej struktury biurokratycznej. Głównym minusem jest to, że nie wiadomo, jak przebiega proces resocjalizacji, czy nie wzrasta przestępczość wśród skazanych – wyjaśnia naukowiec.

W naszym wypadku kluczowe jest pytanie, kto zapłaci za pobyt skazanego w więzieniu. Obecnie robimy to wszyscy, bo nawet jeśli są to więzienia prywatne, to kontrakty na ich prowadzenie rozpisuje państwo. W świecie bez podatków także bylibyśmy więc skazani na utrzymywanie więźniów.

Inną kwestią, którą warto by rozpatrzyć, jest to, czy da się obyć bez wymiaru sprawiedliwości finansowanego z publicznych funduszy. – Jak najbardziej. Już używa się takiego rozwiązania w kwestiach gospodarczych, bo arbitraż działa szybciej niż państwowe sądy – stwierdza Andrzej Sadowski. – Proponujemy, by sędziowie byli wybierani przez obywateli, a policja była finansowana lokalnie. Bo to, ilu potrzeba policjantów w danym miejscu, nie sposób ocenić z gmachu MSW przy Rakowieckiej w Warszawie – uzasadnia ekonomista.

Trudne jest życie współczesnego Ludwika XIV. Zmęczeni docieramy do domu (nie, nie, to jednak nie Wersal) i czujemy, że głowa boli, a kaszel staje się coraz bardziej intensywny. Dzwonimy do lekarza – w końcu na służbę zdrowia też mamy abonament. Za ok. 3 tys. zł rocznie kupiliśmy dostęp do 19 specjalistów (takie ceny proponuje dziś jedna z prywatnych sieci medycznych). Także dla dzieci i partnera. Dla najmłodszych trzy wizyty domowe rocznie w cenie. Oczywiście na wypadek, gdybyśmy zachorowali na coś przewlekle, trzeba się dodatkowo ubezpieczyć. Problem w tym, że nas na to nie stać.

Bo powoli wyczerpujemy nasz budżet – po opłaceniu szkoły i przedszkola zostało nam 6 tys. zł. Do tego dochodzą droższe bilety, agencja ochrony, pakiet zdrowotny i tak pieniądze, które oddajemy państwu, właśnie się wyczerpały. Tak więc jeśli nagle nasz dom się zapali i na miejsce będzie musiała przyjechać prywatna straż pożarna, możemy się znaleźć w sytuacji, w której nie będziemy mieli pieniędzy na pokrycie kosztów ich interwencji. Wybór trudny – nie mieć na opiekę zdrowotną, edukację dzieci czy pozwolić, by dom spłonął?

To, że nigdzie na świecie nie istnieje prywatna straż pożarna jest najlepszym dowodem na to, że takie przedsięwzięcie się nie opłaca. Prawdopodobnie w przypadku niepłacenia przez nas podatków radykalnie rozrosłyby się struktury ochotniczej straży pożarnej, a obywatele by się zrzucali na nią lokalnie. Ale tu znów można zadać sobie pytanie, czy np. szanse na przeżycie rannych zakleszczonych w autach po wypadkach byłyby wtedy większe...

Podatki zapewniają minimum

Te wyliczenia są zrobione dla jednej osoby i dwójki dzieci. W większości wypadków rodziców byłoby jednak dwoje, tak więc budżet domowy byłby większy. Z drugiej strony tych dzieci może być czwórka. Ale z tej zabawy myślowej, która w bardzo uproszczony sposób pokazuje, jak kształtuje się część dochodów i wydatków państwa (pominęliśmy też np. to, że bez podatków pośrednich jak VAT ceny większości towarów byłyby znacznie niższe), można wyciągnąć kilka wniosków.

Ktoś może powiedzieć: w systemie, w którym nie płacimy podatków, po prostu nie opłaca się mieć dzieci. I będzie miał rację (gdyby nasz Ludwik XIV nie miał potomstwa, tak naprawdę zostałaby mu poważna nadwyżka finansowa). Ale tak samo nie opłaca się mieć więcej niż 65 lat (wtedy koszty opieki radykalnie rosną) czy być przewlekle chorym. Mówiąc wprost: lepiej jest być pięknym, zdrowym i bogatym niż brzydkim, chorym i biednym. Ale zadaniem systemu podatkowego jest właśnie swego rodzaju wyrównywanie szans i ochrona jednostek najsłabszych. One nie będą żyły w luksusie, ale również nie umrą z głodu. Ktoś za to musi płacić. Siłą rzeczy odbywa się to na koszt tych najlepiej uposażonych.

Kolejna refleksja jest taka, że w naszym wyliczeniu w ogóle nie zajęliśmy się systemami emerytalnym i rentowym. Zgodnie z postulatami przeciwników podatków te rozwiązania będą prywatne. Tak jak koszty tego, że ktoś np. straci rękę w czasie wypadku w miejscu pracy. Wszelkie zasiłki, czy to dla bezrobotnych, czy macierzyńskie, zostałyby zniesione. A praca aż do śmierci stałaby się jeszcze bardziej prawdopodobna niż obecnie.

Ktoś może również powiedzieć, że takie przedstawienie sprawy jest populistyczne, wręcz prostackie, i nie uwzględnia zdecydowanej większości wydatków sektora publicznego. Oczywiście. Ale zwraca uwagę na jeden problem. Na pewno wydatki sektora publicznego można by prowadzić bardziej efektywnie. Bez rzeszy zatrudnianych na niejasnych zasadach krewnych i znajomych lokalnych urzędników. Bez niezrozumiałych inwestycji jak autostrady kończące się w szczerym polu (vide podkarpackie) czy takich tworów, jak zdominowana przez członków PSL Agencja Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa. Na pewno system można by poprawić i sprawić, aby nasze – podatników – pieniądze pracowały bardziej efektywnie. Jednak jest też druga strona medalu. Ten, kto twierdzi, że woli nie płacić podatków, bo z usług świadczonych przez państwo nie korzysta i ich nie potrzebuje, prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jak daleko idące byłyby konsekwencje odmowy płacenia podatków.