25 lat temu świat obiegły zdjęcia żywiołowych protestujących, którzy niszczyli mur, sygnalizując jednocześnie koniec komunizmu. Ćwierć wieku po zburzeniu muru rocznica ta wydaje się symbolizować odrodzenie Berlina i wyłonienie się Niemiec jako największej potęgi w Europie.

Ten zdumiewający obrót spraw nieubłaganie nasuwa na myśl pewną historyczną ironię. Swego czasu niemiecki talent intelektualny, naukowy i polityczny zdecydował, że Niemcy mają się stać największym narodem Europy. Okazało się jednak, że Niemcy stworzyły jeden z najgorszych rodzajów europejskich imperializmów, które niemal doprowadziły Stary Kontynent do samounicestwienia.

>>> Czytaj też: Z Rosji ucieka już wszystko: kapitał, inwestycje, obywatele

Nic dziwnego zatem, że zaraz po upadku muru berlińskiego, wizja zjednoczonych Niemiec zasiała duży strach w sercach brytyjskich i francuskich przywódców. Premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher zapisała wówczas w swoich pamiętnikach, jak podczas spotkania z francuskim prezydentem Francois Mitterandem wyciągnęła z torebki mapę różnych europejskich konfiguracji Niemiec z przeszłości, które nie napawały optymizmem co do przyszłości.

Francuski prezydent odpowiedział na to, że „w chwilach wielkiego zagrożenia Francja zawsze ustanawiała specjalne stosunki z Wielką Brytanią i taki moment – jak miał wówczas przeczuwać francuski prezydent – znów nadszedł”.

Reklama

Thatcher w odpowiedzi stwierdziła, że „choć nie odkryliśmy nowych środków, to przynajmniej oboje mamy wolę, aby sprawdzać i kontrolować niemieckiego giganta. To jest początek”.

W Berlinie, skąd piszę ten tekst, odczytanie tego angielsko-francuskiego punktu widzenia może dziś napawać smutkiem. Francja i Wielka Brytania rzadko kiedy od czasu II wojny światowej były tak bardzo oddalone od siebie jak dziś.

>>> Polecamy: Stratfor: Strategią Niemiec jest utrzymanie istnienia UE

Podczas gdy rasowi szowiniści na całym świecie straszą przed wszelkiej maści wrogami, od Szyitów, przez Kurdów, Cyganów aż po wirusa ebolę, Wielka Brytania zakleszczyła się w dziecinnej dyskusji na temat imigracji i Unii Europejskiej. Skrajnie prawicowa Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) zdaje się wręcz dyktować brytyjską agendę. Premier David Cameron w odpowiedzi na wzrost znaczenia UKIP, zamiast osłabiać silny głos płynący z prawej strony, sam zaczął grozić rozwiązaniem sprawy imigracji w UE. Żądania Camerona, aby wprowadzić większe restrykcje swobodnego przepływu osób w Europie – świętej zasady UE – mogą wręcz pomóc w pogrążeniu europejskiej konstrukcji.

We Francji sprawy nie wyglądają lepiej. Osłabiony przez prywatne skandale i gospodarcze problemy Francji prezydent Francois Holland wydaje się być równie bezsilny wobec rosnącej popularności liderki prawicowego Frontu Narodowego Marine Le Pen. Wcześniej w tym roku francuski premier Manuel Valls mówił, że „jesteśmy wielkim narodem”, sugerując jednocześnie, że Francja, w przeciwieństwie do Portugalii, nie musi stosować się do europejskich zasad jeśli chodzi o kontrolę wysokości deficytu.

W tym samym czasie Niemcy stały się drugim największym krajem imigrantów. Mieszana populacja Berlina, na którą składają się zarówno imigranci z Izraela, jak i Turcji i krajów arabskich, jest zaangażowana w europejski eksperyment w koegzystencji. Eurosceptyczna Alternatywa dla Niemiec jest małym, uciążliwym niuansem.

Thatcher i Mitterrand nigdy nie przewidzieli, że w Europie rozwinie się taki kryzys. Nie przewidzieli także, że Niemcy staną się niechętnym liderem Starego Kontynentu. Oczywiście, niemieckie przewodnictwo w Europie może nie trwać wiecznie, już dziś jest rzadko kiedy akceptowane. W krajach takich jak Hiszpania czy Grecja, wystarczy jedynie zacząć rozmowę o Niemczech – tak jak sam ostatnio to zrobiłem w Barcelonie – aby spotkać się w wyrazami wielkiej niechęci i braku zaufania, jeśli nie wstrętu.

Same Niemcy doświadczyły ostatnio największego od lat strajku kolejarzy, który sparaliżował ruch kolejowy w tym kraju. Niemiecka produkcja przemysłowa spada, a niepewność wobec wzrostu gospodarczego w Chinach kładzie się cieniem na przyszłość opartej o eksport niemieckiej gospodarki. Rasizm także pozostaje dużym problemem. Nawet atrakcyjne hasło dla Berlina „biedny, ale sexy” – ukazuje jego wyjątkowy charakter na tle innych niemieckich miast, nie mówiąc już o takich problemach, jak niekończące się opóźnienia w oddaniu lotniska Berlin Brandenburg.

Niemcy także muszą się konfrontować z coraz większą presją zagraniczną. Co zrobić wobec działań Rosji? Jak się zachować względem prawicowych przywódców na Węgrzech, którzy prezentują postawy ksenofobicznie i pałają otwartą miłością wobec autorytaryzmu w chińskim stylu.

W istocie, zamiast skończyć się 1989 roku, historia znalazła się w jedynym z najbardziej ironicznych momentów. Niemcy znalazły się w sytuacji niechcianej i niespodziewanej odpowiedzialności. Kraj ten już raz zniszczył Stary Kontynent, teraz zaś jest wezwany, aby go ocalić.