O wadach i zaletach umowy o wolnym handlu, którą Unia Europejska negocjuje właśnie z USA, rozmawiamy z europosłem Jarosławem Wałęsą. Czy ten kontrakt stulecia pomoże znieść wizy dla polskich przedsiębiorców?

- Uwolnienie handlu między Unią i Stanami Zjednoczonymi to duża szansa na rozwój dla europejskich firm. Podnosi pan jednak argument, że mogą iść za tym zagrożenia. Jakie?

Reklama

Faktycznie umowa o wolnym handlu między Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi (TTIP) oferuje szereg niekwestionowanych korzyści. Największym problemem jednak jest to, że gospodarka unijna nie jest tak konkurencyjna jak amerykańska. Głównie wiąże się to z cenami ropy i gazu. To, co udało się osiągnąć w Stanach Zjednoczonych, czyli pozyskiwanie gazu i ropy z łupków, doprowadziło do drastycznego obniżenia cen tych dwóch kluczowych surowców dla przedsiębiorców amerykańskich. A to przenosi się na konkurencyjność całych gałęzi gospodarki.

- Chodzi zapewne o handel emisjami?

Niestety UE specjalizuje się w uchwalaniu legislacji, która – choć powodowana dobrymi intencjami – obniża konkurencyjność naszego przemysłu. ETS, czyli system handlu emisjami, którego szlachetnym celem jest redukcja gazów cieplarniach, obciąża jedynie przemysł europejski. Produkty wytworzone w USA, nieobarczone tymi kosztami, są, więc po prostu tańsze, a teraz będziemy jeszcze dalej redukowali cła na ich import, aby były jeszcze tańsze. Wydobycie gazu łupkowego, który tak rewolucjonizował przemysł amerykański, jest w UE ciągle zagrożone kolejnymi pomysłami przeciwników tej metody wydobycia surowca. Przykłady te można mnożyć.

- Czyli nie uda nam się zwyciężyć w tej bitwie?

W związku z niską ceną gazu, Amerykanie w tej chwili mają dużo niższe koszty produkcji, niż my, od hutnictwa czy chemii po bardziej skomplikowane gałęzie przemysłu. Do tego dochodzą jeszcze inne koszty regulacyjne, które nasz przemysł ponosi, a amerykański nie. Także wchodząc w tę umowę, którą ogólnie uważam za coś pozytywnego, musimy jednak starać się stwarzać rozwiązania, które będą zabezpieczały nasz przemysł, szczególnie przemysł ciężki, przed nierówną konkurencją.
Ale tutaj też może pojawić się szansa dla Unii. Stany Zjednoczone mają swoje wewnętrzne prawo, które zabrania im eksportu ropy, a utrudnia eksport gazu. W tych negocjacjach może udać się, więc zmienić prawo amerykańskie, które pozwoliłoby Amerykanom na wysyłanie ropy i gazu do Europy. To by było bardzo dobre, pod warunkiem, że do tego eksportu faktycznie dojdzie. I tu pojawia się kolejna komplikacja – wielu ekspertów twierdzi, że eksportu raczej nie będzie z powodu niskich cen na rynku europejskim. O wiele bardziej atrakcyjne dla Amerykanów mogą okazać się rynki azjatyckie.

>>> Czytaj też: Le Monde Diplomatique o wielkim skoku na kasę. Ciemne strony traktatu o wolnym handlu

- Komisja Europejska także spogląda w stronę Azji, chce uregulować handel z Japonią. Czy to może zaszkodzić negocjacjom?

W relacjach handlowych Unii z Japonią problemem nie są cła, tylko bariery pozataryfowe. To znaczy, że nawet, jeżeli strona Japońska nie nakłada dodatkowych opłat za import naszych produktów, to i tak mają swoje wewnętrzne regulacje, które ograniczają unijnym eksporterom dostęp do japońskiego rynku. Mamy spory problem z motoryzacją. Japonia ma ogromny rynek małych samochodów, tak zwanych kei-car, które dodatkowo dostają bardzo preferencyjne stawki podatkowe. W tej chwili, nawet, gdybyśmy chcieli wysyłać tam nasze małe samochody, to nie spełniają one odpowiednich warunków, jeśli chodzi o wielkość silnika, jakość sprzęgła. W ostatniej rundzie negocjacyjnej duży nacisk został położony też na kwestie kolei. Na japońskim rynku kolejowym działają obecnie trzy firmy, które podzieliły go między siebie. Ten rynek jest tak zamknięty, że wejście na niego przez europejskie firmy kolejowe, które na przykład budują silniki, jest prawie niemożliwe. Nie będziemy się raczej zajmować eksportem mięsa, bo Ameryka Południowa już opanowuje ten rynek.

- Dlaczego Unii zależy na umowie handlowej właśnie z Japonią?

Każda umowa, która znosi bariery celne, jest pozytywna. Japonia jest w recesji, od co najmniej początku XXI w., ich gospodarka się kurczy i muszą się otwierać na nowe rynki i nowe produkty. Nam z kolei zależy na większym dostępie do japońskiego rynku, bo to jest wciąż olbrzymia gospodarka. Do niedawna była drugą gospodarką na świecie. Istnieją bardzo ważne przesłanki do prowadzenia negocjacji z Japonią, będącą szóstym największy partnerem handlowym dla UE.

- Ale nie obywa się bez kontrowersji.

Najwięcej kontrowersji wzbudzają jednak wspomniane bariery pozataryfowe, które utrudniają europejskim przedsiębiorcom konkurowanie na rynku japońskim, szczególnie w sferze zamówień publicznych. Udało się osiągnąć ważne kompromisy w sprawie weryfikowania rezultatów eliminacji barier pozataryfowych w ciągu roku od rozpoczęcia negocjacji oraz ustalenia jasnych i sprecyzowanych celów potencjalnej umowy. Negocjacje powinny doprowadzić do powstania wszechstronnej, ambitnej i wiążącej umowy, która będzie prowadziła do realnego otwarcia rynku japońskiego.

- To może przynajmniej uda się wynegocjować zniesienie wiz dla Polaków i obywateli pozostałych „nowych” krajów UE?

Ze względu na delikatność tematów imigracyjnych po obu stronach Oceanu, Komisja Europejska stara się uniknąć tego tematu, twierdząc, że nie ma w tej chwili upoważnienia w tej sprawie. Komisja Europejska ma jednak możliwość do negocjowania otwarcia rynku usług we wszystkich formach zdefiniowanych przez WTO w tym również w tzw. sposób 4, czyli przez podróż osób fizycznych na teren drugiego państwa, aby tam świadczyć usługi.

Przy okazji umowy o wolnym handlu z USA można również wynegocjować umowę dotyczącą przepływu wykwalifikowanych pracowników. Jest to jednak inny rodzaj umowy negocjowany bezpośrednio z Kongresem. Potrzebny jest nacisk ze strony Rady Europejskiej i ze strony naszego premiera Piechocińskiego, by zwracać uwagę na konkurencyjność firm europejskich, w kontekście wiz. Komisja Europejska będzie wtedy zobowiązana by poruszać tę sprawę. Czy się uda, nie wiadomo, ale warto spróbować.

Rozmawiała: Aleksandra Ptak, Forsal.pl

>>> Czytaj też: GMO gorsze niż bomba atomowa? Skutki dla ludzkości mogą być katastrofalne