Do niedawna najbogatszym Niemcem był Karl Albrecht, właściciel sieci handlowej Aldi. Najbogatszy Polak to Jan Kulczyk inwestujący m.in. w przemysł wydobywczy. Amerykanin – oczywiście Bill Gates, informatyk. A najbogatszy Węgier, György Gattyán, jest królem porno. Nie przez przypadek, bo Węgry są jednym ze światowych centrów tego przemysłu.

Gattyán nie pochodził z bogatej rodziny. Ojciec murarz i drobny przedsiębiorca budowlany, matka – niepracująca zawodowo gospodyni domowa. Węgry lat 70. i 80. XX w. były co prawda jednym z weselszych baraków w obozie socjalistycznym, ale do Zachodu było im daleko. György swoją młodzieńczą energię uwalniał więc nie w biznesie, tylko w sporcie. Myślał nawet o byciu profesjonalnym sportowcem, biegaczem – studiował wychowanie fizyczne, a po zajęciach regularnie i ciężko trenował.

Sportowcem koniec końców jednak nie został. Przyszły zmiany ustrojowe i uwagę młodzieńca pochłonęły rzeczy bardziej przyziemne – György zajął się najpierw sprzedażą ubezpieczeń, potem pracował w dziale informatycznym telewizji MTV, działał też trochę w handlu samochodami… Pod koniec lat 90. postanowił wreszcie wyjść na swoje. Zaczął inwestować w internet. Jego pomysły, chociażby streaming treści wideo były pionierskie i okazały się strzałem w dziesiątkę. Stworzył cały holding firm zajmujących się usługami turystycznymi, płatnościami elektronicznymi, sprzedażą dóbr luksusowych… W końcu – w 2014 r. – po latach ciężkiej i kreatywnej pracy György Gattyán został najbogatszym Węgrem. Jego majątek szacuje się na 5,6 mld euro.

Piękna i pokrzepiająca historia, prawda? Szkoda tylko, że dotyczy kogoś, kto swój majątek zbił w branży porno.

>>> Czytaj też: Sex misja na wizji: telewizyjne kanały porno przynoszą krocie

Innowacyjność to podstawa

Imponujące success story György Gattyána należy więc opowiedzieć raz jeszcze. Pomysł biznesowy, który wywindował go na szczyt, to faktycznie streaming materiałów video. Działający od 2001 r. serwis Livejasmin.com oferuje taką oto usługę: panie lekko traktujące nagość pokazują się na monitorach komputerów panom, którzy lubią na nie popatrzeć. Proste? Tak proste i innowacyjne, że strona generuje największy ruch spośród wszystkich serwisów internetowych kierowanych do dorosłych na świecie. Nie tylko takich. Nawet strony CNN odwiedza mniej osób niż serwis Gattyána.

W Polsce podobne biznesy zaczęły pojawiać się dopiero niedawno i są tylko „marną” lokalną kopią modelu biznesowego wymyślonego przez Węgra. Ten zaś stworzył kolejny serwis oparty na ludzkiej słabości. Oranum.com to portal społecznościowy, na którym ciekawi swojej przyszłości mogą znaleźć osoby, które w tę przyszłość mają wgląd – wróżbitów, tarocistów, magów i różnych innych mistyków oraz bioenergoterapeutów.

Dopiero na fundamencie złożonym z tych dwóch niezbyt chlubnych przedsiębiorstw György Gattyán zaczął tworzyć „zwykłe” firmy. Jego Docler Holding zatrudnia obecnie ponad 1 tys. osób i składa się z 13 firm, które zajmują się inwestowaniem w start-upy (Docler Investments), produkcją filmową (Docler Entertainment), logistyką turystyczną (booking hosteli na Elvoline.com) czy produkcją sprzętu sportowego na potrzeby teqballu, czyli dyscypliny sportowej łączącej piłkę nożną z… ping-pongiem.

Od niedawna Gattyán inwestuje także w nieruchomości i sprzedaż dóbr luksusowych (zlokalizowana w samym centrum Budapesztu firma il Bacio di Stile). Prowadzi także działalność charytatywną i społecznikowską. Jego fundacja Prima Primissima wspiera węgierskich artystów folkowych i ludzi kultury, sponsoruje też drużynę biegaczy z Uniwersytetu Technologiczno-Ekonomicznego w Budapeszcie czy Richarda Rapporta, najmłodszego węgierskiego mistrza szachowego. Wspaniale, ale trudno przymykać oko na wyskakujące w tle tych aktywności obrazki z nagimi paniami. Pieniądze wprawdzie nie śmierdzą, ale…

Historia nietypowego sukcesu byłaby tylko ciekawostką, gdyby nie fakt, że nie Węgry to stolica Europejskiego przemysłu porno. Masowo produkuje się tam filmy pornograficzne, wydaje poczytne magazyny dla dorosłych, międzynarodowe agencje porno szukają tam aktorek i modelek, przedsiębiorcy tworzą coraz to nowe odważne serwisy internetowe. Towarzyszy temu – być może jako efekt uboczny – panosząca się prostytucja i seksturystyka.

Bezpruderyjne Węgry

Polacy są pod tym względem bardzie konserwatywni niż Węgrzy. „Świerszczyki, owszem, są w naszych kioskach, ale w nierzucających się w oczy miejscach, filmami porno nikt raczej nie handluje otwarcie na ulicy (choć stacje benzynowe to co innego…), a branża tych filmów w Polsce właściwie nie istnieje, jeśli nie liczyć kilku niszowych wydawnictw. Nie dorobiliśmy się także żadnego pornomiliardera. Owszem, głośno było ostatnio o wzorowanym na Livejasmin.com serwisie Showup.tv (w dużych miastach reklamowały go olbrzymie bilbordy), ale to wciąż lokalna polska ciekawostka, a nie strona o zasięgu ogólnoświatowym. Dochody z przemysłu pornograficznego są tak małe, że Główny Urząd Statystyczny doszedł do wniosku, iż nawet nie warto ich mierzyć (w przeciwieństwie do dochodów z prostytucji). Na Węgrzech zaś wynoszą… około 0,5 PKB (w przeliczeniu ponad 2 mld zł). To już naprawdę spory rynkowy torcik.

Dlaczego Węgrzy aż tak upodobali sobie tę branżę? Przyczyn jest kilka. Główna to… lata ascezy. W czasach socjalizmu na Węgrzech przemysł porno był zakazany i właściwie nie istniał. Cenzura zwalczała zaciekle przejawy wszelkiej nieobyczajności. Niby tak samo, jak w Polsce, a jednak Węgrzy musieli mocniej niż my odczuwać brak dostępu do treści erotycznych, skoro 25 lat temu, zaraz po przemianach ustrojowych, kraj ten wręcz zalała golizna. Popyt na nagość był tam tak duży, że „Playboy” uruchomił swoje węgierskie wydanie już w grudniu 1989 r. Rok później „The New York Times” tak pisał o „pornograficznej eksplozji” na Węgrzech: „Pornografia, zakazana wcześniej przez komunistów, wdarła się do węgierskich sklepów z gazetami i wypożyczalni wideo. Widząc wszędobylskie okładki >>Sexexpressu<<, >>Popo<<, >>Sexy Lady<<, >>Lesbi Girls<< czy >>Apolla<<, protestują rodzice, grupy religijne i feministki”.

Protesty na nic się nie zdały. Zwłaszcza moralne argumenty nie miały zbyt dużej siły oddziaływania, bo o ile w Polsce podobne tendencje hamował silny wpływ wyznawanej przez ponad 90 proc. społeczeństwa religii katolickiej, o tyle na Węgrzech religia już tak silna nie była (zaledwie 39 proc. Węgrów to katolicy, a 44 proc. wierzy w Boga). Permisywizm w postawach społecznych był zdecydowanie silniejszy i mocniej promowany. Zwłaszcza w połączeniu liberalną ideologią.

Wolny rynek to wolny rynek. Była podaż, był popyt, czy też – żeby zaspokoić inne niż klasyczna szkoły ekonomii – był popyt, była podaż. Do importu szybko doszło własne wytwórstwo, a potem eksport. Nie bez podstaw można więc podejrzewać, że dwudziestokilkuletni wówczas György mógł być aktywnym konsumentem tych treści. A na pewno obserwował, że to właśnie w tej branży ludzie zbijają szybkie fortuny.

O 10 lat starszy od niego Istvan „Kovi” Kovacs, szef największej na Węgrzech wytwórni pornograficznej o wdzięcznej nazwie „LUXx” (z łac. światło).

– Tajemnica sukcesu branży porno na Węgrzech? Proste. Po pierwsze najlepsze aktorki i modelki. Po drugie produkcja i pensje są tańsze niż np. w Czechach. Po trzecie mamy świetne lokalizacje do kręcenia filmów – tłumaczył w jednym z artykułów ten mieszkający w luksusowej willi wąsacz wielokrotny laureat nagród dla „najlepszego reżysera”.

Kovacs pochodzi z Bałkanów, ale Węgry stały się niemal natychmiast mekką dla obcokrajowców zainteresowanych przemysłem porno. Jednym z pierwszych, którzy przyjechali tam, by robić interesy, był Francuz Christoph Clark – francuski „aktor” i „reżyser”. Przeniósł się do Budapesztu w 1991 r., by założyć tam firmę Euro Angel. Dzięki jego sukcesom europejskie produkcje porno zyskały popularność w Stanach Zjednoczonych.

Hodowla oligarchów

Jeśli uznać, że György i jego koledzy po fachu to eksportowe symbole Węgier, należałoby oczekiwać od władz dodatkowego wsparcia dla branży. Dlaczego – śladem Norwegii, która jako swoją dumę i wartościowe dziedzictwo narodowe promuje swój black metal – Węgry nie miałyby organizować specjalnych wystaw i pokazów promujących swój pornobiznes w ambasadach na całym świecie? Byłoby to całkowicie zgodne z koncepcją premiera Viktora Orbána, że własną gospodarkę należy wspierać.

Oczywiście piszemy to z przymrużeniem oka –przecież jest jasne, że rozkwit branży porno to rozkwit wstydliwy. Nie tylko ze względów moralnych, które i tak zawsze będą przedmiotem sporu konserwatystów z liberałami. Także z innych. Po pierwsze problemem – dopiero od niedawna zauważanym – są panoszące się w tej branży choroby weneryczne, uzależnienie od używek, wyzysk, a także powiązania ze światem przestępczym. Po drugie za sukcesem pornografii na Węgrzech stoją niskie płace i koszty produkcyjne. Świadczy to do pewnego stopnia o tym, że Węgry po 1989 r. rozwijały się za wolno i nie wykorzystały swojej szansy. Wiele młodych dziewczyn z małych miejscowości decyduje się na pracę w branży porno, uznając to za świetną alternatywę wobec słabo opłacanych stanowisk w korporacjach czy małych węgierskich przedsiębiorstwach.

Po trzecie – co podkreśla m.in. węgierski ekonomista Lajos Bokros – gdy branża porno ma się na Węgrzech świetnie, inne zaczynają podupadać w wyniku rządowych interwencji na rynku. Tworzą się monopole i na tym gruncie rodzą się przyszli oligarchowie (a oligarchia jest tym, czego ten kraj dotąd na szczęście nie wytworzył). Wizja państwa, które słynie z wina, porno i kliki monopolistów, nie jest zachęcająca.

Źródło: Obserwatorfinansowy.pl