Demokracja, która w ostatnim czasie coraz częściej jest pod ostrzałem, otrzymała w ubiegłym tygodniu serię ciosów w swojej ojczyźnie. Członkowie brytyjskiego rządu w kilku wypowiedziach zasugerowali, że jedni ludzie są "równiejsi" niż inni - pisze w felietonie Pankaj Mishra.

Brytyjska minister spraw wewnętrznych Amber Rudd zaproponowała, aby zmuszać firmy do ujawniania, jak wielu obcokrajowców zatrudniają. Na tej podstawie – wyjaśniała brytyjska polityk – można by tworzyć listy wstydu tych firm, które nie szkolą Brytyjczyków.

Z kolei minister zdrowia Jeremy Hunt ma nadzieję, że brytyjski system opieki zdrowotnej (National Health Service) będzie bardziej „samowystarczalny” dzięki szkoleniu większej liczby brytyjskich lekarzy.

Wreszcie sama premier Theresa May potępiła „międzynarodową elitę”. Według niej bowiem „jeśli wierzysz, że jesteś obywatelem świata, to tak naprawdę nie jesteś żadnym obywatelem”.

Retoryka ta została zapożyczona od Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), która prowadziła kampanię na rzecz Brexitu. Partia za została kiedyś trafnie opisana przez byłego premiera Davida Camerona jako ugrupowanie „wariatów, pomyleńców i rasistów”.

Niektóre komentarze porównujące wypowiedzi May do retoryki nazistów z lat 30. XX wieku zszokowały opinię publiczną. Myślenie takie może być niebezpieczne i zwodnicze, bo przecież Partia Konserwatywna nie chce zawieszenia demokracji czy porzucenia państwa opiekuńczego. Jest przecież wręcz przeciwnie – ugrupowanie to jest bardziej demokratyczne niż nie.

Różnica pomiędzy Partią Konserwatywną a innymi demokratami polega na tym, że konserwatywna wizja usług społecznych – budownictwa mieszkaniowego, efektywnego systemu opieki zdrowotnej, lepszego systemu edukacji – dotyczy tylko Brytyjczyków. Ich propozycja polega na tym, aby zbudować wielką, zamkniętą wspólnotę na bazie powszechnej zgody, gdzie tylko jej członkowie będą się cieszyć z wolności i równości, a obcy nie są mile widziani.

Nowoczesne demokracje często przechodziły przez takie fazy rozwojowe, w których obywatelstwo i polityczna partycypacja są atrakcyjniejsze dlatego, że można ich odmówić innym. W klasycznej pracy “An American Dilemma: The Negro Problem and American Democracy” szwedzki ekonomista i laureat Nagrody Nobla Gunnar Myrdal opisywał, jak rasizm stał się formą demokratycznej solidarności pod koniec XIX wieku w USA – zarówno dla ugrupowań prawicowych jak i lewicowych. Było to coś, co przywracało godność i jednoczyło białych „niewolników pensji” przeciw imigrantom z Azji i czarnoskórym.

Jeśli antysemityzm w Europie był „socjalizmem głupków”, to rasizm w Ameryce był demokracją bigotów.

W Indiach największy demokratyczny eksperyment w historii osiągnął podobny stan paradoksu pod rządami hinduskiego nacjonalistycznego rządu. Dla wielu Hindusów takie wzmocnienie pozycji oznacza, że członkowie mniejszości nie mogą cieszyć się tymi samymi prawami. Przywilej obywatelstwa nie może być dostępny dla zbyt wielu.

W ubiegłym tygodniu trumna z ciałem hinduskiego fanatyka, który oskarżył muzułmanina o przechowywanie wołowiny w domu, została owinięta we flagę Indii. Wiele osób chwaliło go jako „obrońcę hinduskich wartości”. Tego typu afirmacje tożsamości o charakterze sekciarskim są dziś na porządku dziennym. Ideologiczna metamorfoza, która zaszła w Indiach, nie byłaby możliwa, gdyby nie istnienie ruchu na marginesie indyjskiej polityki – podobnego do brytyjskiej UKIP.

Zatem dla moich uszu – po dwóch dekadach wykluczającej retoryki i polityki tożsamości, ksenofobiczne wypowiedzi brytyjskiego rządu brzmią całkiem znajomo. Istnieje nawet słowo opisujące licencjonowanie praw demokratycznej większości i skazywanie na ostracyzm i degradację innych. Słowo to opisuje politykę hinduskiego nacjonalizmu – majoritarianism (dyktat większości).

Kto mógłby pomyśleć, że ta patologia ujawni się w samym sercu demokracji? Ale zdesperowani politycy w obliczu rosnącego niezadowolenia wyborców, będą próbowali wszystkiego – niezależnie od kosztów. Kampania ws. Brexitu odsłoniła falę bigoterii, doprowadzając do zamachu na członkinię parlamentu Jo Cox. Trzy miesiące od czasu referendum ws. Brexitu, Wielka Brytania notuje wzrost liczby incydentów mowy nienawiści przeciw przedstawicielom różnych mniejszości – etnicznych, narodowych czy członkom społeczności LGBT.

Podobna retoryka pojawiała się w wypowiedziach członków Partii Konserwatywnej także w ubiegłym tygodniu. Co prawda oburzenie mediów i biznesu doprowadzało do tonowania niektórych pomysłów, ale nowa retoryka skutecznie uniemożliwia dyskusję na temat realnych zagrożeń dla brytyjskiej gospodarki i brytyjskiego społeczeństwa – np. na temat automatyzacji, która jest większym zagrożeniem dla miejsc pracy niż imigracja.

Tymczasem nie ma żadnych oznak, że majoritarianism w jakikolwiek sposób poprawi gospodarczą i polityczną pozycję Wielkiej Brytanii w świecie. Brytyjski funt ciągle się osłabia – to sygnał ostrzegawczy dla kraju, który importuje jedną trzecią dóbr i usług, które konsumuje. Europejscy liderzy, od Angeli Merkel do Francoisa Hollanda, zaostrzyli retorykę ws. wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

Brexit reprezentuje coś, co nazwałem “zbiorowym samobójczym atakiem bombowym”. Trudno uwierzyć, ale obecna elita bez skrupułów doprowadza do coraz większych wybuchów, testując najwyraźniej maksymę Adama Smitha, który stwierdza, że „naprawdę trudno jest zniszczyć naród”.

>>> Czytaj też: Dlaczego Amerykanie od 10 lat nie są zadowoleni z gospodarki? Ten prosty wykres wiele wyjaśnia