Globalny szczyt klimatyczny COP25 w Madrycie zakończył się, delikatnie ujmując, rozczarowaniem. Dokładnie 10 lat wcześniej podobną, choć o wiele bardziej spektakularną porażkę poniósł COP15 w Kopenhadze. Wieszczono wtedy ostateczne załamanie i koniec procesu globalnych negocjacji klimatycznych, bo jego wiarygodność legła w gruzach na najwyższym politycznym poziomie – i to pomimo wysiłków prezydenta USA i nie mniej zdeterminowanej, choć mało sprawczej UE. Niespodziewanie jednak, rok później, udało się go zrewitalizować dzięki wysiłkom meksykańskiej dyplomacji pod wodzą minister spraw zagranicznych Patricii Espinosy – obecnej Sekretarz Wykonawczej Konwencji Klimatycznej UNFCCC. Ostatecznie udało się zmobilizować państwa na tyle, aby w 2015 r. przyjąć jednogłośnie Porozumienie paryskie, w którym po raz pierwszy wszystkie państwa zgodziły się mieć cele klimatyczne.

Biorąc pod uwagę to, jak wyglądała sesja negocjacyjna w czerwcu 2019 r. poprzedzająca szczyt i to, co było do uzgodnienia, nietrudno było przewidzieć, że Madryt nie dostarczy zbyt wielu sukcesów. Jednak skala porażki przerosła nawet tak mało optymistyczne prognozy. Niewystarczająco dobrze zadziała Prezydencja COP25 sterując pracami 196 państw w ramach pięciu głównych, wzajemnie powiązanych organów negocjacji. Mało ambitnie prezentowały się państwa po tym, jak rok wcześniej w Katowicach zgodziły się już na całą masę bezprecedensowych ustępstw w ramach Katowice Rulebook. Nieszczególnie pomógł nowojorski szczyt Sekretarza Generalnego we wrześniu 2019 r., potwierdzając, że najwięksi gracze chwilowo nie zamierzają się wysilać. Nawet obecność na COP26 Sekretarza Generalnego we własnej osobie i jego nacisk nie był wystarczająco przekonujący, żeby dokończyć to, co pozostało nieuzgodnione po COP24 w Katowicach. Tym sposobem doskonała większość decyzji, mniej i bardziej ważnych, została przełożona na kolejny rok i kolejny szczyt. Takie właśnie rozstrzygnięcia w niedzielę, 48 godzin po oficjalnym czasie zakończenia,  przyjmowali ledwie przytomni z braku snu negocjatorzy. W tym czasie dziennikarze i reszta świata zastanawiała się, czy w takim razie globalne negocjacje czemuś w ogóle służą.

Kiotowskie porachunki

Jednym z przekrojowych powodów, który mógł zaważyć na tak mizernych wynikach COP25 jest fakt, że rok 2020 będzie okazją do różnorakich porachunków. Dopiero od 2021 r. rozpocznie się nowa era globalnej polityki klimatycznej w ramach Porozumienia paryskiego. To właśnie od tego roku zaczynają obowiązywać krajowo uzgodnione wkłady (NDC), czyli plany państw-stron tego porozumienia (obecnie 187 państw) zawierające m.in. cele redukcyjne do 2025 lub 2030 r.

Póki co jednak, do końca 2020 r. trwa okres rozliczeń. Co z niego wyniknie? Jakie zobowiązania podjęła Polska? Kto jest klimatycznym dłużnikiem, kto wierzycielem? Kto zapłaci, kto nie chce płacić? O tym w dalszej części artykułu na portalu WysokieNapiecie.pl