Szczyt klimatyczny w Madrycie przyniósł fiasko. I co dalej?

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
8 stycznia 2020, 06:10
Extinction Rebellion
Extinction Rebellion/ShutterStock
Ciężar poprowadzenia kolejnej rundy globalnych negocjacji klimatycznych spada na Wielką Brytanię. Na kolejnym szczycie klimatycznym ONZ - COP 26 w Glasgow - najtrudniejszym wyzwaniem będą, jak zwykle, pieniądze, którymi bogate kraje mają wspomóc te biedne, najbardziej dotknięte zmianami klimatu.

zakończył się, delikatnie ujmując, rozczarowaniem. Dokładnie 10 lat wcześniej podobną, choć o wiele bardziej spektakularną porażkę poniósł COP15 w Kopenhadze. Wieszczono wtedy ostateczne załamanie i koniec procesu globalnych negocjacji klimatycznych, bo jego wiarygodność legła w gruzach na najwyższym politycznym poziomie – i to pomimo wysiłków prezydenta USA i nie mniej zdeterminowanej, choć mało sprawczej UE. Niespodziewanie jednak, rok później, udało się go zrewitalizować dzięki wysiłkom meksykańskiej dyplomacji pod wodzą minister spraw zagranicznych Patricii Espinosy – obecnej Sekretarz Wykonawczej Konwencji Klimatycznej UNFCCC. Ostatecznie udało się zmobilizować państwa na tyle, aby w 2015 r. przyjąć jednogłośnie Porozumienie paryskie, w którym po raz pierwszy wszystkie państwa zgodziły się mieć cele klimatyczne.

Biorąc pod uwagę to, jak wyglądała sesja negocjacyjna w czerwcu 2019 r. poprzedzająca szczyt i to, co było do uzgodnienia, nietrudno było przewidzieć, że Madryt nie dostarczy zbyt wielu sukcesów. Jednak skala porażki przerosła nawet tak mało optymistyczne prognozy. Niewystarczająco dobrze zadziała Prezydencja COP25 sterując pracami 196 państw w ramach pięciu głównych, wzajemnie powiązanych organów negocjacji. Mało ambitnie prezentowały się państwa po tym, jak rok wcześniej w Katowicach zgodziły się już na całą masę bezprecedensowych ustępstw w ramach Katowice Rulebook. Nieszczególnie pomógł nowojorski szczyt Sekretarza Generalnego we wrześniu 2019 r., potwierdzając, że najwięksi gracze chwilowo nie zamierzają się wysilać. Nawet obecność na COP26 Sekretarza Generalnego we własnej osobie i jego nacisk nie był wystarczająco przekonujący, żeby dokończyć to, co pozostało nieuzgodnione po COP24 w Katowicach. Tym sposobem doskonała większość decyzji, mniej i bardziej ważnych, została przełożona na kolejny rok i kolejny szczyt. Takie właśnie rozstrzygnięcia w niedzielę, 48 godzin po oficjalnym czasie zakończenia,  przyjmowali ledwie przytomni z braku snu negocjatorzy. W tym czasie dziennikarze i reszta świata zastanawiała się, czy w takim razie globalne negocjacje czemuś w ogóle służą.

Jednym z przekrojowych powodów, który mógł zaważyć na tak mizernych wynikach COP25 jest fakt, że rok 2020 będzie okazją do różnorakich porachunków. Dopiero od 2021 r. rozpocznie się nowa era globalnej polityki klimatycznej w ramach Porozumienia paryskiego. To właśnie od tego roku zaczynają obowiązywać krajowo uzgodnione wkłady (NDC), czyli plany państw-stron tego porozumienia (obecnie 187 państw) zawierające m.in. cele redukcyjne do 2025 lub 2030 r.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: wysokienapiecie
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj