Ci, którzy chcą ograniczyć zużycie paliw kopalnych, napotykają na przeszkodę, jaką jest brak zgody w sprawie przeciwdziałania zmianom klimatu. Prawomyślny pogląd głosi, że jeśli będziemy rozwijać globalną gospodarkę w obecnym tempie, nadal opierając się na węglowodorach, to przyszłym pokoleniom zostawimy planetę w opłakanym stanie. Ale nie wszyscy przyjmują tę narrację za dobrą monetę. Obóz „business as usual” twierdzi, że konsensus naukowy dotyczący zmian klimatu jest błędny, a klimatolodzy wyolbrzymiają zagrożenie, dorabiając do niego ideologię.

Pod koniec XVIII w. na Ziemi żyło mniej niż 1 mld ludzi. Dziś jest ich ponad 7 mld. Potrzeby energetyczne światowej populacji wzrosły sześciokrotnie w ciągu ostatnich 50 lat. Prawie 90 proc. z nich zaspokajają paliwa kopalne – węgiel, gaz i ropa naftowa. Globalne temperatury wzrosły o prawie 1 °C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej, a liczba klęsk żywiołowych związanych z pogodą stale rośnie. O tym, że problem nie jest sztucznie rozdmuchany, świadczą nawałnice, jakie przeszły także przez Polskę, a przecież jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie były obserwowane.

Reklama
Potrzeby energetyczne światowej populacji wzrosły sześciokrotnie w ciągu ostatnich 50 lat. Prawie 90 proc. z nich zaspokajają paliwa kopalne – węgiel, gaz i ropa naftowa.

Globalizacja zwiększyła zużycie paliw kopalnych

Zmiany klimatyczne przyspieszyła konsekwentnie postępująca od lat 90. XX w. globalizacja. Z jednej strony Chiny zliberalizowały swoją gospodarkę, z drugiej strony zakończyła się zimna wojna. Model gospodarki wolnorynkowej szybko rozprzestrzenił się w tych rejonach świata, dla których wcześniej był tabu, np. w Chinach, w Indiach czy w byłym bloku sowieckim. Zasięg gospodarki rynkowej został rozszerzony o około 3 mld ludzi.

Na Zachodzie od początku lat 90. aż do krachu finansowego w 2008 r. trwał długi boom gospodarczy. Tempo wzrostu w gospodarkach rozwiniętych było jednak mniejsze niż w tych wschodzących. Gdy USA i Europa walczyły o wyjście ze światowego kryzysu finansowego, Chiny i Indie stały się lokomotywami wzrostu.

Wielkim sukcesem globalizacji było zmniejszenie liczby osób żyjących poniżej granicy ubóstwa. W tym sensie powstały po zimnej wojnie model kapitalizmu okazał się sukcesem. Ale ten proces miał dwa nieprzyjemne skutki uboczne. Po pierwsze, zaburzył równowagę między kapitałem a pracą na korzyść tego pierwszego. Po drugie, triumf wolnego rynku zaostrzył problem zmian klimatycznych, bo gdy Zachód przeniósł produkcję do niskokosztowych fabryk w Azji, popyt na energię w Chinach, Indiach i Indonezji gwałtownie wzrósł.

W gospodarkach wschodzących, w miarę ich rozwoju, zwiększały się wydatki konsumenckie, a to szło w parze z wyższym zapotrzebowaniem na energię pochodzącą w tych państwach z paliw kopalnych.

Ponadto w gospodarkach wschodzących, w miarę ich rozwoju, zwiększały się wydatki konsumenckie, a to szło w parze z wyższym zapotrzebowaniem na energię pochodzącą w tych państwach z paliw kopalnych. Nawet zakładając, że bogata Północ przeprowadzi dekarbonizację (Europejski Bank Centralny niedawno zapowiedział plany ograniczenia udziału aktywów wysokoemisyjnych akceptowanych jako zabezpieczenie kredytów udzielanych bankom), to w skali globu nie powstrzyma to emisji CO2, bo rzeczywisty wzrost zapotrzebowania na energię będzie pochodzić z krajów rozwijających się.

Trudno będzie zdekarbonizować wzrost

Czy nam się to podoba, czy nie, to współczesna cywilizacja jest zależna od paliw kopalnych. Ropa naftowa, gaz ziemny i węgiel nadal stanowią blisko 90 proc. światowego zużycia energii. Chociaż same w sobie reprezentują tylko cząstkę globalnego PKB, to wiele potężnych gałęzi gospodarki nie może się bez nich obejść.

Pomimo rosnącego zaniepokojenia zagrożeniami związanymi ze zmianą klimatu, zużycie paliw kopalnych wzrosło o około 20 proc. od przełomu wieków. Stało się tak, ponieważ nie ma łatwo dostępnych alternatyw dla stosowania na masową skalę produktów petrochemicznych w surowcach czy paliwach.

Pomimo rosnącego zaniepokojenia zagrożeniami związanymi ze zmianą klimatu, zużycie paliw kopalnych wzrosło o około 20 proc. od przełomu wieków.

Trzeba mieć jednak świadomość, że światowe rezerwy paliw kopalnych to tylko mały wycinek całkowitych zasobów, o których wiemy, że istnieją. Rezerwy dzielą się na udowodnione (te, które mają 90 proc. szans na ostateczne wydobycie z ziemi) i znacznie większe – prawdopodobne, których wydobycie uważa się za nieopłacalne. Udowodnione rezerwy siłą rzeczy będą się kurczyć. Co więcej, naukowcy twierdzą, że dalsza walka z ociepleniem klimatu wyklucza sięganie po wszystkie udowodnione rezerwy paliw kopalnych: w ziemi trzeba będzie bowiem pozostawić od dwóch trzecich do czterech piątych.

Dotychczas tylko w niewielkim stopniu udało się światu uniezależnić od węglowodorów. Pojazdy elektryczne stanowiły w 2021 r. zaledwie 5 proc. światowej sprzedaży samochodów. Podobnie, energia wiatrowa i słoneczna mają jedynie niewielki udział w produkcji energii elektrycznej.

Długa droga do celu

Transformacja energetyczna potrwa jeszcze przynajmniej kilka dziesięcioleci. Dość powiedzieć, że minęło ponad sto lat, zanim ropa, którą zaczęto wydobywać w latach 50. XIX w., wyprzedziła węgiel jako główne źródło energii na świecie. Proces będzie więc rozłożony na długie lata, co zresztą wcale nie jest takie złe, bo gdyby wszyscy inwestorzy jednocześnie wycofali się z paliw kopalnych, rezultat byłby znacznie gorszy niż to, co nastąpiło po upadku amerykańskiego banku inwestycyjnego Lehman Brothers we wrześniu 2008 r.

Obecnie cena energii elektrycznej wytwarzanej z odnawialnych źródeł energii zrównała się praktycznie z ceną energii z paliw kopalnych. Problemów nastręcza jednak jej magazynowanie. Opracowanie skutecznych metod przechowywania OZE jest kluczem do udanej transformacji energetycznej. Ponadto OZE zależą od kaprysów pogody i dlatego są niestabilne, co może powodować zakłócenia w sieciach elektroenergetycznych.

Obecnie cena energii elektrycznej wytwarzanej z odnawialnych źródeł energii zrównała się praktycznie z ceną energii z paliw kopalnych. Problemów nastręcza jednak jej magazynowanie.

Patrząc historycznie, można zaryzykować tezę, że przechodzenie na zieloną energię samo w sobie będzie energochłonne i paradoksalnie będzie wymagało zużycia dużej ilości paliw kopalnych. Tak było w przypadku pierwszych kopalń węgla, które wykorzystywały drewno do budowy szybów, a węgiel był transportowany z kopalń w drewnianych wózkach po drewnianych szynach. Podobnie też do budowy pierwszych platform wiertniczych i rurociągów wykorzystywano stal powstałą w wyniku wytopu żelaza przy udziale koksu.

Dekarbonizacja z jednej strony będzie więc energochłonna, a z drugiej strony pobudzi popyt na „czyste” surowce energetyczne. Będziemy potrzebować więcej litu, niklu, kobaltu i manganu do pojazdów elektrycznych, wanadu do magazynowania energii, srebra i polikrzemu do paneli słonecznych, żelaza i cynku do turbin wiatrowych oraz miedzi do wszystkiego. Niektórych z tych pierwiastków obecnie już brakuje. Nie wiadomo, czy znajdą się wystarczające złoża, aby zaspokoić przewidywany popyt.

Pokłosie wojny w Ukrainie

Inwazja Rosji na Ukrainę to kolejny czynnik, który postawił pod znakiem zapytania horyzont czasowy przejścia na „czystą” energię. Rosja jest nie tylko głównym producentem ropy naftowej i gazu ziemnego, ale jej bogactwa naturalne – m.in. cynk, miedź, nikiel – stanowią niezbędne tworzywo dla nowej generacji pojazdów silnikowych. Kraj jest największym na świecie producentem metali z grupy platynowców, wykorzystywanych w pojazdach hybrydowych i tych napędzanych wodorem. Norilsk Nickel, rosyjski gigant górniczy, jest wiodącym dostawcą materiałów do produkcji akumulatorów litowo-jonowych. Embargo nałożone na rosyjski import może dodatkowo opóźnić transformację energetyczną.

Co gorsza, obecna sytuacja geopolityczna grozi tym, że skonfliktowana z Zachodem Rosja wpadnie w objęcia Chin. Jeśli Pekin uzyskałyby uprzywilejowany dostęp do rosyjskich paliw kopalnych i surowców, to wewnętrzna dekarbonizacja Państwa Środka może bardzo przyspieszyć. Tymczasem Zachód może być zmuszony spowolnić swój proces transformacji energetycznej, jeśli nasilą się napięcia między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Chiny kontrolują bowiem ponad połowę światowej produkcji akumulatorów litowo-jonowych oraz wydobycia litu, kobaltu i cynku. Ponadto są światowym producentem nr 1 paneli słonecznych, jak również głównym dostawcą metali ziem rzadkich, wykorzystywanych m.in. do wytwarzania magnesów w turbinach wiatrowych.

Jeśli Pekin uzyskałyby uprzywilejowany dostęp do rosyjskich paliw kopalnych i surowców, to wewnętrzna dekarbonizacja Państwa Środka może bardzo przyspieszyć.

Obecnie mamy do czynienia z czymś w rodzaju szoku naftowego z 1973 r. Na ironię zakrawa fakt, że Niemcy, które chciały porozumieć się z Rosją w sprawie sprowadzania gazu rurociągiem Nord Stream z pominięciem Polski, zostały na przysłowiowym lodzie i teraz wzywają m.in. Polskę do solidarnego podzielenia się naszymi zasobami gazu.

Sankcje na Rosję napompowały bańkę węglową – giełdowa wycena surowców oraz produkujących je spółek została zawyżona przez przeszacowanie wartości ropy, węgla i gazu. A wraz ze wzrostem cen energii idą w górę koszty inwestowania w OZE. Jakby tego było mało, podrażają je szybujące koszty surowców niezbędnych do produkcji zielonej energii i samochodów elektrycznych. Wszystko to jeszcze bardziej spowolni odchodzenie od węgla.

***

Kwestie środowiskowe w polityce zawłaszczyło zielone lobby. Konserwatyści, jakby na przekór, nie traktują zmian klimatycznych z należną im powagą. Tak czy inaczej decydenci polityczni stoją teraz przed trudnymi wyborami. Łagodzić szokowy wzrost kosztów utrzymania poprzez zwiększenie podaży paliw kopalnych, czy też twardo podążać obecną ścieżką ku zerowej emisji netto? Rodzi się też drugie pytanie: czy można wyobrazić sobie przyszłość ekologiczną i zrównoważoną – taką, w której unika się klimatycznego Armagedonu – bez porzucania idei wzrostu i obniżania stopy życia?

Grażyna Śleszyńska