Rolnicy protestują, broniąc prawa do stosowania pestycydów. A kto na pestycydach zarabia?

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
14 marca 2024, 07:09
pestycydy rolnictwo glifosat
Rolnicy protestują, broniąc prawa do stosowania pestycydów. A kto na pestycydach zarabia?/ShutterStock
Jest ich raptem kilka, bo większe wciąż wchłaniają mniejsze. Skutecznie zmieniają modele rolnictwa na całym świecie. Korporacjom, które trzymają ręce na globalnym rynku pestycydów, trwające właśnie (nie tylko) w Europie masowe protesty rolnicze, których uczestnicy walczą m.in. o prawo do swobodnego stosowania pestycydów właśnie, muszą być bardzo na rękę.

Fundacja im. Heinricha Bölla, razem z Koalicją Żywa Ziemia oraz Polskim Klubem Ekologicznym w Krakowie, Kołem Miejskim w Gliwicach, przygotowała raport „Atlas pestycydów. Fakty na temat toksycznych substancji w rolnictwie”. Jedną z kwestii, której przyjrzały się badaczki i badacze, były działania korporacji dominujących w tej branży.

Pestycydowe królestwo

To bardzo stare firmy, założone nieraz jeszcze w XIX wieku, o rodowodzie, jak łatwo się domyślić, chemicznym i farmaceutycznym. Kiedyś było ich więcej, ale ich historia z przełomu XX i XXI wieku to głównie fuzje i inne formy wzajemnego wchłaniania; liczą się w tym momencie na rynku pestycydów tylko cztery: Grupa Syngenta, Bayer, Corteva i BASF. Jeszcze w 1993 roku kontrolowały 29 proc. rynku. W 2018 roku – już 70 proc.

Dlaczego tak się stało? To właśnie w latach 90. upowszechniła się inżynieria genetyczna, wkraczając przebojem do rolnictwa. Przedsiębiorcy działający w segmencie chemicznej ochrony roślin wpadli na pomysł nowego modelu biznesowego: połączenie sprzedaży pestycydów ze sprzedażą nasion. Zaczęli masowo przejmować i wchłaniać mniejsze firmy, które zajmowały się produkcją tych drugich. Współcześnie, od 2015 roku, dochodziło do kolejnych fuzji i w ten sposób wyłoniła się czwórka globalnych liderów.

Jakie pestycydy, takie nasiona

Bardzo niedobrze, że do tego doszło; niedobrze dla  populacji ludzkiej i dla klimatu. Jak możemy przeczytać w omawianym raporcie: „Siła graczy i dalsze łączenie tych dwóch modeli biznesowych [sprzedaży pestycydów ze sprzedażą nasion – JN] ma wpływ na asortyment produktów i na rolnictwo na całym świecie: producenci nasion sprzedający pestycydy mają interes w tym, aby ich środki agrochemiczne były stosowane również w uprawach prowadzonych z ich nasion. Wiodący światowi dostawcy nasion i pestycydów skupiają się na hodowli selektywnej i genetycznej modyfikacji niewielkiej liczby roślin uprawnych, przede wszystkim soi i kukurydzy”.

Przede wszystkim soja i kukurydza – to powinno zabrzmieć groźnie. Czemu? Te nasiona to nie jest tylko skromny dodatek do głównej działalności pestycydowych graczy. Tak się składa, że na rynku nasion czterech największych graczy to… te same firmy. Mają 57 proc. udziału. Powtórzmy, niczym refren: Grupa Syngenta, Bayer, Corteva i BASF. 

Glifosat, parakwat i neonikotynoidy 

To teraz o tym, jak nas trują Grupa Syngenta, Bayer, Corteva i BASF. Choć to oczywiście „nie jest ich wina”, bo sytuacja prawna różnych substancji, m.in. tych nieco nowocześniejszych pestycydów, bywa skomplikowana finansowo ze względów m.in. patentowych. Na stare, dobre pestycydy patenty wygasły, więc stosowanie bazujących na nich mieszanek jest dużo tańsze. Najpowszechniej stosowane w nich substancje to: herbicyd glifosat, parakwat i neonikotynoidy. Co je łączy? Wszystkie są niebezpieczne. Pierwsze dwa dla ludzi, ostatnie głównie dla owadów zapylających, które, jak każde dziecko wie, są podstawą ludzkiego bezpieczeństwa żywnościowego.

A teraz uspokajająca wiadomość dla skrajnie nieempatycznych egoistów – akurat w Unii Europejskiej, ze względu na tak nielubiane przez rolników regulacje prawne zakazujące stosowania toksyn w rolnictwie, ww. firmy mają niewiele udziału.* W Niemczech – 12 proc., we Francji – 11 proc. Za to w Brazylii już 49 proc., w Indiach – 59 proc. W Afryce sprzedaje się póki co mało pestycydów, ale to dla branży bardzo wzrostowy rynek. To właśnie te regiony – Ameryka Południowa, Azja, Afryka – odpowiadają za fakt, że rynek rośnie średnio o 4 proc. rocznie. Tam regulacji nie ma praktycznie wcale. Dlatego mieszkańcy Globalnego Południa jako pierwsi poniosą i już ponoszą konsekwencje – zdrowotne, społeczne i klimatyczne. 

 

*Co nie znaczy, że w naszych żołądkach, bo przecież jemy orzechy z Brazylii i mandarynki z Maroka.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: forsal.pl
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj