2020 miał być rokiem, w którym Europie zacznie się układać znacznie lepiej. Po bolesnym dla Wspólnoty brexicie Unia Europejska miała szansę z większą pewnością siebie ruszyć dalej. Złagodzenie napięć handlowych pomiędzy USA a Chinami miało pomóc w przywróceniu większego wzrostu PKB. Co więcej, wydawało się, że etap niższej produkcji przemysłowej już się kończy, a wspólna waluta zacznie się umacniać względem dolara.

Rzeczywistość jednak potoczyła się inaczej. Po kiepskim poniedziałku, wspólna waluta była najsłabsza od 4 miesięcy i bliska minimum z okresu 30 miesięcy, a także poniżej poziomu z dnia wyborów prezydenckich w USA w listopadzie z 2016 roku. Krótko mówiąc, euro znów traci na wartości.

EURUSD Curncy 2016-2019

EURUSD Curncy 2016-2019

źródło: Bloomberg

Dlaczego tak się dzieje? Nie można wskazać jednego czynnika, przez który euro się osłabia, jest to raczej efekt połączenia różnych negatywnych okoliczności.

Po pierwsze, oczywiście chodzi o politykę. Na Starym Kontynencie trudno jest utrzymać politycznemu centrum swoją pozycję. W Niemczech spór o to, czy można pozwolić prawicowej Alternatywie dla Niemiec (AfD) na udział w wyborze premiera Turyngii doprowadził do rezygnacji Annegret Kramp-Karrenbauer z szefowania chadeckiej CDU. Kramp-Karrenbauer miała zastąpić kanclerz Angelę Merkel. W efekcie niemiecka scena polityczna pogrążyła się w chaosie.

Z kolei w Irlandii uzyskanie świetnego wyniku przez radykalną i lewicową partię Sinn Fein wprawiło w duże zakłopotanie tradycyjne partie centroprawicowe i centrolewicowe, które od lat 30. dominowały w systemie partyjnym tego kraju. Widać zatem, że sytuacja na irlandzkiej scenie politycznej ulega poważnym przetasowaniom i nie jest do końca jasne, jaki kształt przyjmie irlandzka polityka.

Po drugie, do problemów politycznych doszły fatalne dane z sektora przemysłowego. W poniedziałek okazało się, że produkcja przemysłowa w Włoszech pod koniec roku, okazała się równie rozczarowująca, jak w przypadku Niemiec i Francji. I co ważne – koronawirus nie miał jeszcze na to wpływu. Tymczasem analitycy liczyli na to, że kondycja przemysłu w strefie euro będzie lepsza, a zakończenie chińsko-amerykańskiej wojny handlowej przyniesie wzrost popytu ze strony Chin. Okazało się jednak, że trzy największe gospodarki strefy euro zakończyły rok 2019 ostrymi spadkami w tym zakresie.

Po trzecie, strefa euro nie jest dziś miejscem, w którym można się schronić w obliczu problemów chińskiej gospodarki. Spowolnienie w Chinach można dziś przyjąć za pewne, tak samo, jak efekty spóźnionych działań mających na celu powstrzymać epidemię koronawirusa. Niestety dla Europy, spowolnienie pojawi się w sytuacji, gdy Niemcy są wystawione na ekonomiczną łaskę Chin. Otóż dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) wskazują, że niemiecki eksport do Chin jest dziś większy niż eksport amerykański, a przecież USA mają o wiele większą gospodarkę niż Niemcy.

Jeśli zatem inwestorzy będą szukali bezpiecznych miejsc przed chińskimi problemami, to na pewno nie będzie to strefa euro. Może to być amerykański dolar. Jak się okazuje, choć to USA rozpoczęły wojnę handlową z Chinami, to jednocześnie Ameryka straci najmniej z powodu obecnych trudności, gdyż odsetek PKB, jaki jest przeznaczony na eksport do Chin i krajów Azji w przypadku Stanów Zjednoczonych jest o wiele niższy niż w przypadku innych państw, w tym Niemiec. Ameryka zatem jawi się jako bezpieczna przystań.

Poza tymi oczywistymi powodami, istnieją także przyczyny natury technicznej. Chodzi o tzw. strategię carry trade. Strategia ta polega na tanim pożyczaniu pieniędzy w walucie o niskiej stopie procentowej i lokowaniu takich środków w instrumentach finansowych w innych walutach o wyższych stopach i rentownościach. Tradycyjnie strategię carry trade stosowano wobec japońskiego jena, który uchodził za walutę służącą finansowaniu innych transakcji. Dziś jednak idealnie do tego celu nadaje się euro. Wspólna waluta z negatywnymi stopami procentowymi sprawdza się o wiele lepiej niż jen. W ciągu ostatnich pięciu lat o wiele bardziej opłacalne było pozyskanie kapitału w euro niż w jenie i ulokowanie go np. w meksykańskich peso.

Ale w czym tkwi problem? Otóż gdy dana waluta staje się popularna jeśli chodzi o strategię carry trade, to w naturalny sposób zaczyna się znajdować pod presją spadkową. Jest to dodatkowy czynnik przyczyniający się do problemów strefy euro.

Gdy weźmiemy pod uwagę wszystkie te czynniki, to okaże się, że obecnie dolar jest bardziej atrakcyjny dla inwestorów walutowych. Aby to dostrzec, wystarczy przyjrzeć się różnicy pomiędzy rentownościami 10-letnich obligacji amerykańskich i niemieckich. Właśnie to powinno być kluczowym czynnikiem decydującym o kursie wymiany, gdzie wyższy kurs powinien przyciągać więcej środków. Wraz ze zmniejszaniem się różnicy rentowności, można byłoby się spodziewać osłabienia waluty z wyższym kursem. Tymczasem konsekwentnie od końca 2018 roku różnica zmniejszała się na korzyść euro, ale to nie pomogło. Rynki spodziewają się, że Rezerwa Federalna obniży stopy procentowe przynajmniej raz w tym roku, a szanse na drugą obniżkę wynoszą 50 proc. W przypadku Europejskiego Banku Centralnego niczego takiego nie można się spodziewać. Ale to także nie ma znaczenia. Siła dolara jest sprzeczna z presją płynącą z rynku obligacji.

Dlaczego zatem pieniądze płyną do USA mimo wszytko? Bez popadania w jakikolwiek polityczny triumfalizm, rynkom w oczywisty sposób podoba się obecna sytuacja, w której Bernie Sanders prawdopodobnie zostanie nominowany na kandydata na prezydenta USA ze strony Partii Demokratycznej i prawdopodobnie przegra z Donaldem Trumpem.

Istnieje także pewien triumfalizm po stronie amerykańskich firm. Obecnie największe przedsiębiorstwa na świecie są amerykańskie i są one zajęte podbojem reszty świata. Dominacja cyfrowych gigantów z USA pomogła amerykańskiej giełdzie osiągać lepsze wyniki w niż w przypadku innych parkietów, szczególnie tych w Europie.

Gdy kapitał płynie w kierunku korporacyjnej Ameryki, w prosty sposób wzmacnia to dolara. Amerykańska waluta w ciągu ostatniego tygodnia osiągała najwyższe wartości od prawie roku.

Wszystko to w istocie trochę przypomina triumfalizm. Marc Chandler z Bannockburn Global Forex w Nowym Jorku uważa, że epidemia koronawirusa jest interpretowana jako moment, w którym okazało się, że Chiny nie są zdolne do rzucenia wyzwania gospodarczej hegemonii Ameryki. Dodatkowo można wyczuć podekscytowanie, że nieudana próba poradzenia sobie z epidemią z Wuhan może sygnalizować istnienie poważnych problemów jeśli chodzi o chiński model polityczny.
Jeśli dodamy do tego poczucie, że wspólna waluta euro, którą stworzono dwie dekady temu i która stanowiła wówczas wyzwanie dla amerykańskiej dominacji, wskazuje dziś na głęboko wadliwy model polityczny oraz jest poddawana strukturalnym naciskom, wówczas otrzymamy coś, co można nazwać momentem klasycznego zwrotu rynkowego dla Europy.

Czy amerykański triumfalizm może być przedwczesny? Oczywiście, że tak. Amerykański system polityczny sam w sobie jest testowany w różnych miejscach, a przed nami jeszcze dziewięć miesięcy klasycznej politycznej opery mydlanej zanim nastąpią wybory prezydenckie. Jest zatem bardzo możliwe, że prezydentem zostanie ktoś inny niż Donald Trump, ktoś, kto określa siebie mianem „socjalisty”. Teraz jednak mamy moment amerykańskiego triumfu i europejskiej porażki. I widać to bardzo wyraźnie na rynku forex, gdzie panuje gra o sumie zerowej.

>>> Czytaj też: Najdłuższy okres bez recesji od czasu wojny. Nie wiadomo, co tak napędza gospodarkę USA