Mieszkania w Polsce drożeją i to solidnie – w tempie 9–10 proc. rocznie. Przyczyna jest podręcznikowa: z jednej strony rośnie popyt, bo ludzi na więcej stać; z drugiej – stale utrzymuje się deficyt lokali. Deficyt właściwie strukturalny, będący zaszłością jeszcze po czasach PRL, na który żaden rząd po 1989 r. nie miał dobrego pomysłu. Sytuacja się poprawia, ale zbyt wolno. Według danych GUS w 2018 r. na tysiąc mieszkańców przypadało 375 mieszkań, a dekadę wcześniej o 40 mieszkań mniej. Takie tempo wzrostu nie wystarczy, by poprawić sytuację lokalową dużej części Polaków.

Eurostat podaje, że wskaźnik przeludnienia, pokazujący, jaki odsetek populacji gnieździ się w zbyt małych mieszkaniach (co oznacza m.in., że kilkoro rodzeństwa musi dzielić jeden pokój), nadal jest wysoki. W 2018 r. wynosił 39,2 proc. Nie tylko daleko nam pod tym względem do unijnej średniej (15,4 proc.), lecz także jesteśmy w niechlubnej europejskiej czołówce państw z największymi mieszkaniowymi deficytami. Gorzej jest tylko w takich krajach jak Czarnogóra, Serbia, Rumunia, Macedonia Północna czy Turcja. Jakby tego było mało, jakość dostępnych mieszkań też pozostawia wiele do życzenia. Tak zwanym ubóstwem mieszkaniowym dotkniętych jest około 8,6 proc. Polaków. Egzystują w lokalach, gdzie np. brak toalety czy łazienki, z przeciekającym dachem i niedostatecznym oświetleniem itd. Z zestawień Eurostatu wynika, że w 2018 r. Polska znalazła się na niechlubnym piątym miejscu pod względem skali mieszkaniowej biedy na 28 państw unijnych.

>>> Czytaj też: Polacy rzucili się na kredyty hipoteczne. W pogoni za mieszkaniem zadłużamy się coraz bardziej

Ile potrzebujemy mieszkań? Jakub Sawulski z Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) mówi, że aby dociągnąć do europejskiej średniej, trzeba by wybudować ich jakieś 4–5 milionów. Oczywiście średnia też nie jest obiektywnym miernikiem – może być zawyżana przez duże zasoby mieszkaniowe niektórych krajów, np. tych nastawionych na turystykę. – Ale to uświadamia, jak ogromny dystans mamy do nadrobienia – podkreśla Sawulski.

Dla minister rozwoju Jadwigi Emilewicz sprawę załatwiłoby 440 lokali na tysiąc mieszkańców. A to oznaczałoby konieczność wybudowania ich mniej więcej 2 mln. Dla porównania – w 2018 r. do użytku oddano nieco ponad 207 tys. lokali. I choć to był najlepszy rok dla deweloperów co najmniej od końca lat 80. poprzedniego wieku, to i tak prosta kalkulacja wystarczy, żeby zrozumieć, że nawet przy utrzymaniu tego tempa zasypanie mieszkaniowej dziury może zająć 10 lat.

Głód lokali nie jest zjawiskiem nowym i trudno tłumaczyć go tym, co się akurat teraz dzieje na rynku. „Winny” jest coraz większy popyt, który z tym niedoborem idzie w parze. Skąd się wziął? Pierwszy powód to wyraźny wzrost dochodów gospodarstw domowych. I mowa tu nie tylko o wyższych płacach, lecz także o transferach społecznych, na jakie zdecydował się PiS po objęciu władzy. Między 2015 a 2018 r. dochód rozporządzalny na osobę w gospodarstwie domowym wzrósł o ponad 22 proc., z 1386 zł do 1693 zł (podajemy za GUS). Do tego rosnące przekonanie o coraz trwalszej stabilności sytuacji majątkowej (nie tylko wynikające z nowych dodatków socjalnych, ale również wysokiego popytu na pracę) przełożyło się na rekordowo dobre nastroje konsumentów, nienotowane po 1989 r. A jeśli nie boisz się utraty zatrudnienia i wierzysz, że będzie cię stać na spłacanie rat kredytu, to chętniej po niego sięgasz. Tym bardziej że dziś jest on historycznie tani. Mimo zaostrzania polityki kredytowej przez banki, mimo wyższych marż, większych wymogów dotyczących wkładu własnego kredyty mieszkaniowe są wciąż łatwo dostępne, bo dzięki większym dochodom zdolność kredytowa także rośnie.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP