W kwietniu br. kraje grupy OPEC+ (czyli państwa OPEC oraz 10 krajów spoza kartelu: Azerbejdżan, Bahrajn, Brunei, Kazachstan, Malezja, Meksyk, Oman, Rosja, Sudan Południowy, Sudan), w wyniku utrzymywania się szoku popytowo-podażowego, który doprowadził do załamania się globalnych cen ropy naftowej, zawarły nowe porozumienie dotyczące ograniczenia wydobycia surowca na niespotykaną dotychczas skalę. Zgodnie z podpisaną umową, produkcja ropy naftowej w okresie dwóch pierwszych miesięcy, tj. od 1 maja do 30 czerwca 2020 roku, miała być zmniejszona o 9,7 mln b/d, a w kolejnych miesiącach wprowadzone ograniczenia miały być stopniowo zmniejszane.

W okresie wakacyjnym w wyniku znoszenia przez kolejne państwa restrykcji sanitarnych związanych z pandemią COVID-19 udało się odbudować część utraconego popytu na ropę naftową. Ponadto wysoka dyscyplina produkcyjna utrzymywana przez poszczególnych członków grupy OPEC+ sprawiła, że we wrześniu udało się osiągnąć 103 proc. uzgodnionych limitów produkcyjnych w porównaniu z 98 proc. osiągniętymi w sierpniu. Doszło także do spadku zapasów ropy naftowej – zarówno w USA, jak i zapasów utrzymywanych na morzach (niemniej jednak w dalszym ciągu utrzymywały się one na podwyższonych poziomach). W rezultacie przełożyło się to na odbudowę „kruchej” równowagi na rynku surowca.

Zapasy ropy naftowej w USA oraz zapasy morskie / obserwatorfinansowy.pl

Obecnie jednak druga fala zachorowań na COVID-19, która najsilniej widoczna jest w krajach europejskich, zmusiła kraje grupy OPEC+ do ponownego przeanalizowania sytuacji i zastanowienia się, czy przełom roku 2020/2021 będzie odpowiednim czasem do kolejnego podwyższenia limitów produkcyjnych. Sytuację dodatkowo komplikują wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, które mogą przyczynić się do wzrostu produkcji ropy w Iranie (ze względu na wygraną J. Bidena) oraz powrót Libii do wydobycia surowca po zawieszeniu broni pomiędzy Khalifa Haftarem a premierem Fayeza al-Sarradżą.

Konsekwencje zwiększonej produkcji irańskiej ropy naftowej

Reklama

Po zerwaniu przez prezydenta USA, D. Trumpa porozumienia nuklearnego Joint Comprehensive Plan of Action (JPCoA) z Iranem w maju 2018 r. Amerykanie ponownie wprowadzili sankcje wobec tego kraju. Strona amerykańska chciała, aby Irańczycy: zaprzestali prowadzenia prac w zakresie konstruowania rakiet balistycznych, zakończyli wspieranie organizacji terrorystycznych oraz wycofali siły militarne z Syrii. Wprowadzone sankcje dotyczyły natomiast: sektora bankowego (irańskie banki odcięte zostały od międzynarodowej sieci komunikacji bankowej SWIFT, a ponadto zwiększono do 700 liczbę podmiotów, na które nałożono sankcje finansowe), zakazu eksportu irańskiej ropy naftowej oraz zablokowania możliwości inwestowania w irański sektor wydobywający ropę przez międzynarodowe spółki petrochemiczne. Ponadto D. Trump poinformował, że kraje, które będą wspierały Iran w dążeniu do produkcji broni nuklearnej mogą zostać ukarane amerykańskimi sankcjami. Co istotne, pozostali sygnatariusze umowy JPCoA – Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Rosja i Chiny – nie zaprzestali przestrzegać jej zapisów.

W rezultacie, działania amerykańskiej administracji doprowadziły do istotnego spadku produkcji i eksportu irańskiej ropy. Od momentu wprowadzenia zakazu wydobycie surowca przez Iran obniżyło się o 49 proc. do 1,930 mln b/d, natomiast eksport spadł o 93 proc. do 0,161 mln b/d. Są to zdecydowanie niskie poziomy, gdyż możliwości produkcyjne Iranu szacowane są według agencji Bloomberg na poziomie około 3,830 mln b/d, a wielkość eksportu przed zerwaniem porozumienia oscylowała w przedziale od 1,75 do 2,5 mln b/d.

Produkcja ropy naftowej w Iranie oraz w Libii / obserwatorfinansowy.pl

Sytuację Iranu na międzynarodowym rynku ropy naftowej może poprawić wynik wyborów prezydenckich w USA. Joe Biden sygnalizował w kompanii wyborczej, że będzie dążył do ponownego zawarcia porozumienia nuklearnego z Iranem. W konsekwencji sankcje gospodarcze nałożone przez prezydenta Donalda Trumpa mogą zostać złagodzone, otwierając możliwość zwiększenia produkcji surowca o ponad 2 mln b/d.

Zdaniem I. Nasseriego, dyrektora zarządzającego firmą konsultingową FGE w Londynie, „w ciągu kilku miesięcy po wygranej w wyborach prezydenckich J. Bidena, spodziewamy się, że na rynek trafi irańska ropa. To będzie prawdziwy ból głowy dla grupy OPEC+”. Gwałtowny wzrost dostaw z Iranu może bowiem zrujnować dotychczasowe porozumienie grupy OPEC+ w sprawie cięć wydobycia i spowodować jeszcze większy spadek cen ropy naftowej.

Szybki powrót irańskiej ropy na rynek, nie jest jednak taki pewny. Będzie to bowiem uzależnione również od wyników wyborów prezydenckich w Iranie zaplanowanych na czerwiec 2021 r. Jeśli do władzy dojdzie bardziej konserwatywny rząd, czego spodziewa się wielu analityków, Teheran może negocjować znacznie twardsze warunki ze Stanami Zjednoczonymi przed wyrażeniem zgody na wznowienie negocjacji w sprawie programu jądrowego. Może to przesunąć termin ewentualnego zniesienia sankcji.

Kolejnym czynnikiem komplikującym sprawę jest także polityka wewnętrzna USA. Potencjalny zwrot w relacjach z Iranem z pewnością spotkałby się ze sprzeciwem w Kongresie oraz ze strony amerykańskiej opinii publicznej, która postrzega Iran jako kraj będący wrogiem od czasu rewolucji islamskiej z 1979 roku. W tym kontekście istotna jest również kwestia utrzymania dobrych relacji z Arabią Saudyjską – sojusznikiem Amerykanów w Zatoce Perskiej. Chociaż administracja J. Bidena może przyjąć ostrzejsze stanowisko wobec Saudyjczyków, królestwo jest największym producentem w kartelu OPEC i głównym rywalem geopolitycznym Iranu w regionie. Jeśli więc powrót irańskiej ropy przełoży się na niższe ceny surowca, ucierpią na tym Saudyjczycy i inne arabskie państwa petrochemiczne w regionie.

Zdaniem Karen Young z American Enterprise Institute w Waszyngtonie uwolnienie eksportu irańskiej ropy będzie gorszym posunięciem, ponieważ nie wiadomo, jak zareagują na nie regionalni eksporterzy. Zamiast tego sugeruje ona, aby Stany Zjednoczone zaoferowały Teheranowi pomoc lub uwolniły irańską gotówkę, którą zamrożono na zagranicznych rachunkach bankowych. „Pewien rodzaj ulgi ekonomicznej jest koniecznością i dodatkową zachętą, aby doprowadzić strony do stołu negocjacyjnego” – powiedziała Young.

Autor wyraża w artykule własne opinie, a nie oficjalne stanowisko NBP.

Jacek Suder, ekonomista NBP, doktorant w Katedrze Rynków Finansowych UEK.

Źródło nieznane