Niemiecka inflacja ma też wymiar europejski: jeśli jej tempo utrzyma się w 2022 r. zapał RFN do luzowania dyscypliny finansowej i budowy unii fiskalnej w strefie euro, może wyparować.

Wzbierająca od lata tego roku fala wzrostu cen zaniepokoiła opinię publiczną w Niemczech. Odczyt 5,2 proc. z listopada 2021 r. (a nawet 6,0 proc. według unijnego HICP), ostatni raz widziano w 1992 r. Co więcej: uznawana tradycyjnie za oazę stabilności i monetarnego rygoryzmu Republika Federalna kiepsko wypada na tle innych gospodarek strefy euro – nawet jej słabszych, południowych rubieży.

Reklama

Wysoka inflacja to w pierwszym rzędzie problem przysłowiowego Otto-Normalverbraucher, czyli naszego konsumenta-Kowalskiego. Drożyzna osłabia jego siłę nabywczą i zmusza do ostrożnego planowania wydatków. Martwią się również firmy, które działają w mniej przewidywalnych warunkach kosztowych i boją się pogorszenia nastrojów wśród konsumentów. Indeks Ifo mierzący oczekiwania co do stanu koniunktury zdaje się potwierdzać obawy: w listopadzie 2021 r. indeks zaliczył piąty z rzędu spadek. Inflacji w Niemczech uważnie przyglądają się także partnerzy ze strefy euro. Nikt nie wątpi, że perspektywa rosnących cen w największej gospodarce unii walutowej, może zdecydować o wspólnej polityce gospodarczej, a nawet o kierunku integracji w Europie w kolejnych latach.

Strachy z przeszłości

Niepokój sąsiadów wynika ze świadomości, jak symboliczne znaczenie ma dla Niemców problem inflacji. W kolektywnym psyche wciąż eksponowane miejsce zajmuje upadek pieniądza z wczesnych lat 20. XX wieku i czarno-białe fotografie pokazujące palenie bezwartościowymi reichsmarkami w piecach. W RFN żywe jest przekonanie, że hiperinflacja zatruła fundamenty Republiki Weimarskiej i była w istocie preludium do przejęcia władzy przez Hitlera. Badania historyków wprawdzie temu przeczą, ale mit trzyma się mocno. Emocje wokół inflacji podgrzewają też wspomnienia pozytywne – radykalna reforma walutowa Ludwiga Erharda, sukces „twardej” marki i autorytet niezależnego Bundesbanku. Dzięki tym osiągnięciom, jak sądzi wielu obywateli Republiki Federalnej, powojenne Niemcy stały się ostoją stabilności i zbudowały swoje państwo dobrobytu.

Niechęć do inflacji to jednak nie tylko odbicie doświadczeń z historii, ale też twarde interesy związane z modelem „reńskiego” kapitalizmu. Niemiecki biznes najlepiej radzi sobie z innowacjami stopniowymi, które wymagają długoterminowego planowania i przyjmowania założeń co do przyszłych kosztów kapitału i płac. Bez przewidywalnej, oswojonej inflacji jakiekolwiek kalkulacje nie mają sensu, dlatego tak ważne dla firm było zaufanie do deklaracji banku centralnego.

Niemiecki biznes najlepiej radzi sobie z innowacjami stopniowymi, które wymagają długoterminowego planowania i przyjmowania założeń co do przyszłych kosztów kapitału i płac.

Duże znaczenie dla niemieckich poglądów na sferę pieniądza ma też pozycja międzynarodowego wierzyciela osiągnięta dzięki kumulowaniu nadwyżek handlowych. W połowie 2021 r. wyrażała się ona wskaźnikiem NIIP (net international investment position) na poziomie 2,1 biliona euro. W oczywistym interesie RFN jest ochrona realnej wartości tej kwoty – także dzięki utrzymaniu niskiej inflacji w państwach-dłużnikach i promowaniu restrykcyjnej polityki makroekonomicznej.

Skąd ta inflacja?

Z powyższych powodów spór wokół przyczyn obecnej drożyzny ma wyższą temperaturę niż w innych krajach (choć dyskusjom Larry Summersa i Paula Krugmana w USA też niczego nie brakuje). Jego bieguny tworzą z jednej strony ordoliberalni tradycjonaliści, z drugiej zaś keynesiści i zwolennicy nurtów heterodoksyjnych w ekonomii (MMT). Pośrodku jest cichsza, ale systematycznie rosnąca grupa odżegnująca się od pryncypialnych interpretacji i odwołująca się przede wszystkim do badań empirycznych.

Dla ordoliberałów inflacja to generalnie zjawisko monetarne wynikające z zalewania rynków nadmierną ilością pieniądza. Winę za obecny skok cen ponosi więc przede wszystkim Europejski Bank Centralny (EBC). Grzeszyć zaczął już dekadę temu, skupując z rynku – w reakcji na kryzys – ogromne ilości obligacji rządowych (tzw. QE – luzowanie ilościowe) i jednocześnie redukując do zera stopy procentowe. Pozwoliło to rządom na prowadzenie luźnej polityki fiskalnej i podbiło popyt globalny.

W pandemii ta metoda została nie tylko powtórzona, ale i jeszcze rozszerzona (np. przez program PEPP). Tani pieniądz i środki z rządowych „tarcz” trafiły do gospodarki spętanej lockdownem i problemami podażowymi, co musiało się skończyć inflacją. Najgorsze z perspektywy tradycjonalistów jest to, że nawet teraz EBC nie zamierza zmieniać polityki i godzi się ze swoim toksycznym wpływem na sferę fiskalną. Tymczasem, zdaniem Hansa-Wernera Sinna, byłego szefa Ifo, pierwszym krokiem powinno być pożegnanie z „diabelskim wynalazkiem” QE, a potem podwyższenie stóp procentowych. W przeciwnym razie Niemcy i strefę euro czeka długotrwała stagflacja przypominająca męki lat 70 XX wieku.

Zdaniem Hansa-Wernera Sinna, pierwszym krokiem powinno być pożegnanie z „diabelskim wynalazkiem” QE, a potem podwyższenie stóp.

Według innej interpretacji obecny poziom inflacji wynika głównie z przejściowych czynników – niskiej bazy oraz naturalnego po kryzysie odbicia popytu, na który nałożyły się pandemiczne problemy z dostawami z Azji i gwałtowny skok kosztów frachtu morskiego. Kolejne przyczyny to globalny wzrost cen energii, a także przywrócenie w Niemczech regularnej stawki podatku VAT, obniżonej w połowie 2020 r. ze względu na kryzys. Restrykcyjna polityka monetarna bynajmniej nie sprawi, że powyższe czynniki znikną, za to może bardzo zaszkodzić gospodarce. Scenariusz mocnych podwyżek stóp procentowych to zduszenie popytu, słabsze ożywienie, a może nawet powrót – po niemal dekadzie spokoju – problemu bezrobocia. Często w tym kontekście przypomina się lato 2011 r., gdy EBC pod wodzą Jean-Clauda Tricheta podniósł stopy procentowe o 0,25 proc. Nawet tak mała zmiana wywołała panikę na rynkach finansowych, ponieważ uznały ją za zagrożenie dla odradzającej się koniunktury.

Przeciwnicy „normalizacji” polityki pieniężnej ostrzegają również przed wybuchem kryzysu zadłużeniowego na południu strefy euro. Koniec QE, nie wspominając już o wyższych stopach, sprawi, że takie państwa jak Włochy czy Grecja będą mieć ogromne problemy z obsługą wynoszącego 150-200 proc. PKB długu publicznego. To z kolei będzie oznaczać destabilizację sektora bankowego: wiele banków trzyma w swoich bilansach obligacje tych państw, co wystawia ich rating na spore ryzyko. Poza tym, czy jednocyfrowa inflacja na poziomie 5-6 proc. naprawdę powinna być powodem takiego wzmożenia i nawoływań do radykalnej zmiany kursu w polityce gospodarczej?

Polityczne skutki inflacji

Siły w tym sporze są dość wyrównane, choć sentyment społeczny jest raczej po stronie tradycjonalistów. Dla przeciętnego Niemca przyzwyczajonego do odkładania kilkuset euro miesięcznie, by przed emeryturą kupić „domek z ogródkiem”, obecna sytuacja woła o pomstę do nieba. Oszczędności leżą na kontach obciążone ujemną stopą procentową w wysokości nawet 1 proc. wkładów. Jednocześnie tani pieniądz sprzyja szybkiemu wzrostowi cen nieruchomości i unicestwia marzenia wielu przedstawicieli klasy średniej o własnym domu. Być może porażkę CDU/CSU w ostatnich wyborach wyjaśnia właśnie frustracja przeciętnego ciułacza, który postanowił ukarać chadeków za porzucenie tradycyjnego podejścia do wartości pieniądza i milczące przyzwolenie na ekspansywną politykę EBC.

W tym kontekście ważnym sygnałem była rezygnacja Jensa Weidmanna ze stanowiska prezesa Bundesbanku w październiku 2020 r. W radzie EBC był on jednym z niewielu „jastrzębi” wytrwale krytykujących monetarne eksperymenty Mario Draghiego i jego następczyni Christine Lagarde – dziś nazywanej przez niemieckie bulwarówki „Madame Inflation”. Odejście Weidmanna to dla wielu obywateli RFN dowód, że niemieckie preferencje dotyczące stabilności pieniądza, na bazie których tworzono instytucje unii walutowej, zostały ostatecznie zmarginalizowane. Władzę w strefie euro przejmuje sojusz Francji i państw południa, bardziej nonszalancki wobec inflacji.

Odejście Weidmanna to dla wielu dowód, że władzę w strefie euro przejmuje sojusz Francji i państw południa, bardziej nonszalancki wobec inflacji.

Na pierwszy rzut oka naturalnym beneficjentem politycznym rosnących cen i wskazywania palcem na EBC powinna być Alternatywa dla Niemiec (AfD): antysystemowa prawica, która w przeszłości pasła się na kryzysach euro. Dziś jednak AfD jest słaba, więc na krytykę polityki monetarnej w unii walutowej może skusić się szukająca sobie nowego profilu chadecja. Jeśli jej nowi liderzy będą z konserwatywnego skrzydła partii, można oczekiwać ostrego ordoliberalnego zwrotu, łatwego do odczytania dla tradycyjnego wyborcy. Dodatkową zdobyczą dla CDU/CSU byłoby dobicie AfD i usunięcie politycznej konkurencji na prawo od partii.

Dylematy nowego rządu

Wzrost inflacji jest poważnym wyzwaniem dla właśnie utworzonego nowego rządu RFN. To co SPD, Zieloni i liberalna FDP uzgodnili na niemal 180 stronach umowy koalicyjnej niekoniecznie sprzyja stabilizacji oczekiwań wobec cen. Tak jest np. z pomysłem podniesienia płacy minimalnej z 9,60 euro do 12 euro – a więc o 25 proc. Cudów nie ma: tak znacząca podwyżka podbije stawkę w przyszłorocznych negocjacjach taryfowych między pracodawcami a związkami zawodowymi, np. w bardzo ważnym dla gospodarki przemyśle maszynowym. Rośnie zatem ryzyko tzw. drugiej rundy, czyli wzajemnego napędzania się cen i płac.

Szybkiemu spowolnieniu inflacji nie będzie też sprzyjać polityka socjalna. Rząd zamierza pilnować poziomu składek i świadczeń emerytalnych – pomimo pogarszającej się sytuacji demograficznej. Ponadto planowane są istotne zmiany we wprowadzonym dwie dekady temu „zabezpieczeniu podstawowym” dla bezrobotnych, tzw. Hartz IV. Socjaldemokraci przeforsowali odejście od badania stanu majątkowego oraz sankcji za odrzucanie ofert pracy. Oznacza to po prostu łatwiejszy dostęp do pieniędzy nie związanych z poziomem produktywności w gospodarce.

Stabilizacji cen – przynajmniej w krótkim okresie – nie pomogą również ambitne zamiary w polityce klimatycznej oraz cyfryzacji. Rząd planuje przyspieszenie transformacji energetycznej poprzez wielkie inwestycje publiczne w OZE i sieci przesyłowe. Dodatkowo, polityka regulacyjna ma zwiększać koszty emisji CO2, by przyspieszyć przejście do gospodarki zeroemisyjnej – co jednak może przełożyć się na ceny wielu dóbr. Rząd Olafa Scholza zapowiedział również spektakularne zwiększenie wydatków w sferze cyfryzacji – np. tylko rozbudowa sieci światłowodowych pochłonie 15 mld euro rocznie.

Dla realizacji powyższych planów można bez trudu znaleźć solidne uzasadnienie. Gospodarka potrzebuje inwestycji modernizacyjnych, podobnie jak utrzymania równowagi socjalnej po pandemicznym kryzysie. Wielu ekonomistów niepokoi jednak brak przekonującego wyjaśnienia, w jaki sposób wydatki na te cele będą finansowane. Liberalny koalicjant FDP wymusił na partnerach rezygnację z zamiaru obciążenia firm i bardziej zamożnych gospodarstw domowych wyższymi podatkami – odpada więc wzrost przychodów fiskalnych.

W tej sytuacji pozostaje finansowanie wydatków długiem publicznym – i to pomimo deklaracji rządu Scholza do powrotu już w 2023 r. do konstytucyjnego hamulca długu (zawieszonego na czas pandemii). Nie można wykluczyć, że ostatecznie powrót do restrykcji zostanie przesunięty albo rząd zacznie eksperymentować z pozabudżetowymi funduszami. Tak czy inaczej – poziom wydatków nie pokrytych przychodami wzrośnie.

Im więcej pytań o kierunek polityki fiskalnej, tym bardziej nowa koalicja stara się uspokoić nastroje wokół dotyczące problemu inflacji. W ogłoszonym 24 listopada porozumieniu programowym SPD, Zielonych i FDP znalazło się zapewnienie, że stabilność cen jest „kluczowa dla dobrobytu w Europie” i rząd zamierza ją chronić. Ponadto, minister finansów in spe Christian Lindner zapowiedział, że będzie „adwokatem solidnych finansów publicznych”. Wiele jego wypowiedzi – zwłaszcza krytyka ultraluźnej polityki pieniężnej – może liczyć na poklask w obozie ordoliberałów.

Duże znaczenie będzie miał również wybór nowego prezesa Bundesbanku. Faworytem jest obecnie Joachim Nagel – doświadczony makroekonomista z 16-letnim stażem w banku centralnym, a ostatnio w Banku Rozliczeń Międzynarodowych w Bazylei. W przeszłości nie krył on krytycznego stanowiska wobec programów skupu obligacji, co w sumie – mimo skojarzeń ze środowiskiem SPD – zbliża go do konserwatywnych pozycji Jensa Weidmanna.

Zmartwienie Europy

Najnowsze dane z Niemiec mogłyby budzić lekkie Schadenfreude w Paryżu czy w Rzymie, które mają niższą inflację niż monetarni obernauczyciele z Berlina i Frankfurtu nad Menem. Jednak częściej można dostrzec niepokój, że przy dalej rosnących cenach pod znakiem zapytania stoi kierunek polityki gospodarczej RFN oraz przyszłość reform w strefie euro. Oczekiwania były spore: wygrana SPD i solidny wynik Zielonych w wyborach miały przynieść ostateczne porzucenie idei austerity i zgodę na więcej finansowej solidarności. Jednak dostające antyinflacyjnej gorączki Niemcy będą o wiele trudniejszym partnerem – bez względu na to, kto będzie u władzy.

W pierwszej kolejności mogą stracić chęć do „zmiękczenia” Paktu Stabilności i Wzrostu regulującego zakres dyscypliny fiskalnej. Choć umowa koalicyjna nie wyklucza jego reformy – tak bardzo postulowanej przez południe strefy euro – to warto powiązać ją z akapitem dotyczącym inflacyjnego zagrożenia. Partie Ampel stwierdzają w nim, że EBC może realizować swój mandat w polityce pieniężnej tylko wtedy, gdy polityka budżetowa państw członkowskich jest prowadzona w sposób odpowiedzialny. Nie brzmi to jak zapowiedź daleko idących ustępstw.

Podobny schemat może pojawić się w dwóch innych ważnych kwestiach: uczynieniu z funduszu odbudowy permanentnego narzędzia walki z kryzysami w UE oraz utworzeniu wspólnego ubezpieczenia depozytów bankowych w ramach finalizacji unii bankowej. Nawet jeśli wielu polityków nowego rządu chciałoby wyjść naprzeciw oczekiwaniom Francji i państw południa, to wysoka inflacja spycha ich na bardziej zachowawcze pozycje.

Zmusza ich do tego obawa, że jeśli wzrost cen jeszcze bardziej przyspieszy, zapowiadana „kadencja przełomu” pozostanie pustym hasłem. Drożyzna będzie też paliwem wyborczym dla partii opozycyjnych. Na ich korzyść gra specyfika niemieckiego systemu politycznego: odbywające się co kilka miesięcy wybory w landach oznaczają tak naprawdę permanentną kampanię o głosy wyborców.

Jeśli wzrost cen jeszcze przyspieszy, zapowiadana „kadencja przełomu” pozostanie pustym hasłem.

Ostra krytyka „proinflacyjnej” polityki rządu może więc przynieść szybko polityczne zyski, bez konieczności czekania do kolejnych „wielkich” wyborów federalnych. Konfrontację będą też podgrzewały skargi na politykę EBC przed Sądem Konstytucyjnym. Sędziowie z Karlsruhe pokazali ostatnio w maju 2020 r., że są gotowi wydawać wyroki potencjalnie groźne dla dotychczasowego kształtu strefy euro i kwestionujące legitymację działań banku centralnego. Obecna sytuacja, w której wysoka inflacja nie napotyka na poważniejszą reakcję EBC, będzie prowokować kolejne spory prawne o granice mandatu banku w polityce pieniężnej.

W pesymistycznym scenariuszu nowa koalicja będzie zatem musiała lawirować między ambitnymi planami socjalnymi i inwestycyjnymi, a coraz bardziej upolitycznioną inflacją (zakładając, że nadal będzie rosła). Kuszącym wyjściem mogłoby być wtedy przyłączenie się do krytyki wobec EBC, wytykania innym państwom strefy euro „luźnej” polityki fiskalnej oraz zarzucania im nieskutecznej walki z zadłużeniem publicznym.

Ceną byłyby jednak rosnące napięcia polityczne w unii monetarnej oraz zniweczenie planów Ampel dotyczących pogłębienia integracji i zapisanego w umowie koalicyjnej stopniowego tworzenia „państwa federalnego”. Poza tym, większość niemieckich elit gospodarczych i politycznych zdaje sobie sprawę, że gdyby EBC poważnie potraktował wezwania do szybkiego zaostrzenia kursu monetarnego, ryzyko rozpadu euro stałoby się realne. Południe miałoby po prostu ogromne kłopoty z obsługą swojego długu, dziś skupowanego przez bank centralny.

Nie ma więc przekonujących recept politycznych na szybkie zduszenie wzrostu cen. Pozostaje chyba tylko wiara w stopniowe wypalanie się inflacyjnego paleniska i samoistny powrót do równowagi pod koniec przyszłego roku. W rządzie Olafa Scholza może ona liczyć na szeroki krąg wyznawców.

Sebastian Płóciennik, ekonomista, prawnik, analityk w Ośrodku Studiów Wschodnich, profesor w Akademii Biznesu i Finansów Vistula