Mączyńska zaznaczyła, że obecny kryzys wywołany pandemią koronawirusa jest "kryzysem zarówno popytu, jak i podaży". Wskazała, że wiele firm ze względów bezpieczeństwa zostało zmuszonych do czasowego zamrożenia produkcji, klienci natomiast nie mając pewności, jakie będą ich perspektywy zarobkowe i finansowe, są skłonni ograniczać wydatki na konsumpcję.

"Obecnie zaczyna się częściowe odmrażanie gospodarki, ale popyt jest w dalszym ciągu, i to z wielu względów, dość ograniczony" - powiedziała profesor. Podkreśliła, że to ograniczenie może utrzymać się przynajmniej do czasu znalezienia skutecznego leku lub antykoronawirusowej szczepionki.

Wskazała, że obserwowane ograniczenie konsumpcji będzie hamująco działało na inflację. Przypomniała, że w marcu wzrost cen wyniósł 4,6 proc., ale już z tzw. szybkiego szacunku GUS za kwiecień wynika, że inflacja wyniosła 3,4 proc. rdr., a w porównaniu z poprzednim miesiącem się nie zmieniła. "Drożeje żywność, ale z drugiej strony krach na rynku ropy przyczynił się do znacznej obniżki cen paliw, wyraźnie spadają także ceny wielu innych produktów, np. odzieży" - mówiła. Tym samym - jak zaznacza - wzrost cen po trzech miesiącach wrócił od zakresu akceptacji przez Narodowy Bank Polski 1,5-3,5 proc., i w tym przedziale powinien się utrzymać w najbliższej przyszłości.

Reklama

Mączyńska podkreśliła, że inflacja utrzymując się w tych granicach jest ożywcza dla gospodarki. Lekko rosnące ceny zachęcają bowiem wytwórców do zwiększania produkcji. Podkreśliła jednak, że dla utrzymania obecnego popytu kluczowe jest utrzymanie w ryzach bezrobocia i spadku wynagrodzeń. Dodała, że istotne znaczenie mogą mieć też zjawiska atmosferyczne, które np. w przypadku pogłębiającej się suszy mogą spowodować wzrost cen żywności.

Zaznaczyła, że dla naszej gospodarki gorszym od inflacji zjawiskiem byłaby deflacja, czyli długotrwały spadek przeciętnego poziomu cen w gospodarce. "Deflacja jest gospodarczym usypiaczem, ponieważ producenci zmuszani są do obniżek cen, co nie motywuje ich do zwiększania produkcji, inwestowania czy zwiększania zatrudnienia i płac" - wyjaśniła.

Jak powiedziała, w innych krajach europejskich, gdzie inflacja jest obecnie poniżej 1 proc., zagrożenie deflacją jest większe niż w Polsce, co może też przełożyć się tam na głębszą recesję i dłuższy czas wychodzenia z niej.

>>> Czytaj też: Akcje na giełdach są wyraźnie przewartościowane? Rośnie ryzyko pęknięcia bańki spekulacyjnej