Atak na bazę Prince Sultan. Stracili cenny samolot wczesnego ostrzegania
Baza lotnicza Prince Sultan znajduje się na wschodzie Arabii Saudyjskiej, niespełna 600 km od granic Iranu. 27 marca siły reżimu w Teheranie przeprowadziły na nią atak przy użyciu rakiet balistycznych i dronów – jak to często robią Rosjanie, by przeciążyć obronę przeciwlotniczą przeciwnika. Część z nich sięgnęła celu.
W wyniku eksplozji, jak podaje "The New York Times", zostało rannych 12 żołnierzy, w tym dwóch ciężko. Poza tym odnotowano poważne straty sprzętowe. Przede wszystkim – na co wskazują zdjęcia z lotniska – kompletnie zniszczony został samolot wczesnego ostrzegania Boeing E-3 Sentry.
To poważna strata dla lotnictwa USA. Po pierwsze, dlatego, że dysponuje ono w tym momencie jedynie 16 sprawnymi Boeingami E-3 Sentry. Po drugie, nowa maszyna tego typu kosztuje pomiędzy 500 a 700 mln dolarów i nie można jej szybko wyprodukować.
Wreszcie – jest to kluczowa maszyna w prowadzeniu kampanii powietrznej. To "oczy i uszy" sił powietrznych USA. Jej radar AN/APY-2 – w charakterystycznej obudowie w kształcie dysku – zbiera dane o celach. Ponadto Boeing E-3 Sentry funkcjonuje też jako centrum dowodzenia. Na początku kampanii przeciwko Iranowi USA miały sześć tych maszyn w regionie.
Flota tych samolotów starzeje się. W związku z tym Amerykanie będą je stopniowo zastępować nowymi maszynami wczesnego ostrzegania – Boeingami E-7A Wedgetail. Pierwsze mają rozpocząć służbę w 2027 r.
Flota powietrznych tankowców KC-135 się kurczy
Poza Boeingiem E-3 Sentry, w irańskim ataku uszkodzono – nie wiadomo, na ile poważnie – kilka powietrznych tankowców KC-135 (niektóre źródła mówią o co najmniej trzech zniszczonych maszynach). Każda z nich jest warta około 60 mln dolarów.
Rzeczywistą skalę zniszczeń w bazie Prince Sultan poznamy zapewne za jakiś czas. Póki co amerykańskie Dowództwo Centralne (CENTCOM) nie komentuje sprawy. Jednak można przypuszczać, że łączne straty finansowe z powodu ataku przekraczają miliard dolarów.
Przypomnijmy, że nie jest to pierwsza strata powietrznych tankowców podczas kampanii przeciwko Iranowi. Jak informował "Wall Street Journal", w połowie marca irański atak rakietowy na bazę lotniczą w Arabii Saudyjskiej uszkodził pięć KC-135.
Amerykańscy dowódcy od lat alarmowali. Ich ostrzeżenia ignorowano
W środę "The Wall Street Journal" ujawnił, że amerykańscy generałowie stojący na czele CENTCOM – Frank McKenzie oraz jego następca Eric Kurilla – od lat apelowali o budowę nowych baz wojskowych na Bliskim Wschodzie, położonych dalej od Iranu. Zdawali sobie sprawę z rosnącego zagrożenia atakami z użyciem rakiet balistycznych i dronów.
Pomysł stworzenia nowych baz w zachodniej Arabii Saudyjskiej pojawił się już w czasie pierwszej kadencji Donalda Trumpa. Dowódcy chcieli nie tylko dysponować większą liczbą instalacji oddalonych od Iranu, aby rozmieszczać samoloty w mniej narażonych lokalizacjach. Zależało im także na możliwości przerzutu sprzętu i sił do zachodniej części królestwa bez konieczności transportu przez Cieśninę Ormuz do saudyjskich portów nad Zatoką Perską.
Według obecnych i byłych urzędników USA ani administracja Joe Bidena, ani Donalda Trumpa nie wdrożyły rekomendacji dotyczących rozbudowy sieci baz w Arabii Saudyjskiej w rejonie Morza Czerwonego. Zamiast tego skupiono się na wzmacnianiu amerykańskiej obecności wojskowej w regionie Indo-Pacyfiku, aby przeciwdziałać rosnącej potędze Chin.