Gospodarcze ożywienia powinny być dla inwestorów czasem świętowania, a trwające obecnie odbicie po Covid-19 nie powinno być wyjątkiem. Gospodarka znów rośnie, aktywność firm podobnie, deflacja to odległe zagrożenie, tani pieniądz napędza ożywienie, natomiast inwestorzy napędzają ceny akcji w nadziei na zyski.

Wydaje mi się, że wielu z nich zadręcza się jednak potencjalnymi pułapkami ożywienia zamiast radować ze sprzyjającej fortuny.

Jednym z najbardziej przerażających scenariuszy jest gwałtowny wzrost inflacji podnoszący stopy procentowe i uderzający w giełdę. Chociaż nie można tego wykluczyć, niewiele wskazuje na to, że zbliża się niepokojący skok cen.

Sytuacja sprzyja oczywiście wzrostowi inflacji. Łańcuchy dostaw są napięte. Kongres i Rezerwa Federalna wydały lub przeznaczyły na walkę z pandemią około 9 bilionów dolarów; to największy w historii program stymulacyjny i pomocowy. Stopa osobistych oszczędności nigdy nie była wyższa niż obecnie, więc osoby, które dobrze radziły sobie podczas tej pandemii, mają pieniądze do wydania. Jeśli inflacja wzrośnie, mogą za nią podążyć stopy oraz spaść ceny akcji. Obie zbliżyły się do siebie poziomem w latach 70. XX wieku, kiedy to Stany Zjednoczone doświadczyły po raz ostatni gwałtownego wzrostu cen. Amerykańska giełda jest ponadto doskonale wyceniana, notując wyprzedzający wskaźnik ceny do zysków na poziomie tylko nieznacznie poniżej szczytu bańki internetowej, więc jest wrażliwa na złe rynkowe wieści.

To może wyjaśniać nerwowe reakcje na ostatnie rynkowe ruchy. Dziesięcioletni wskaźnik rentowności, szeroko cytowany miernik oczekiwanej inflacji, który śledzi różnicę rentowności między nominalnymi i chronionymi przed inflacją obligacjami skarbowymi, wzrósł ostatnio nieznacznie powyżej celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej ustalonego na poziomie 2 proc., rosnąc z około 0,5 proc. od marca ubiegłego roku. Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych wzrosła w ciągu mniej więcej miesiąca pozornie jak na zawołanie z 1 do 1,6 proc. W tym samym czasie nietykalne wcześniej akcje spółek technologicznych lekko zanurkowały. Wartość szanownego indeksu NYSE Fang+ spadła o około 9 proc., a indeks Nasdaq 100 stracił na wartości od połowy lutego około 4 proc.

Inflacja jak dawniej

Zdejmijmy jednak soczewki kontaktowe, a zobaczymy, że te ruchy wyglądają na łagodne. Weźmy na przykład pod uwagę, że według danych opracowanych przez profesora Yale Roberta Shillera średnia roczna inflacja wynosi od 1871 roku 2,2 proc. W tym kontekście wspomniany wskaźnik rentowności wydaje się jedynie zbliżać się do długoterminowej stopy inflacji, co wydaje się właściwe biorąc pod uwagę, że gospodarka również wraca do normy. Średnia rentowność 10-letnich obligacji skarbowych w ciągu ostatnich 150 lat to 4,5 proc., więc nawet po ostatnim ruchu w górę nadal jest obecnie szokująco niska.

Bloomberg

Na giełdzie też niewiele wskazuje na problemy. Chociaż akcje wielkich spółek technologicznych i walory aktywów wzrostowych ostatnio przestały rosnąć, to sytuacja na całym rynku nie zmieniła się. Indeks Russell 1000 uległ nieznacznemu skorygowaniu w porównaniu do najwyższego poziomu z 12 lutego. Niektóre akcje rosną ˗ w tym samym czasie indeks Russell 1000 Value Index zyskał 5 proc. Rozbieżność między wyceną akcji wzrostowych a niedoszacowanych jest prawdopodobnie bardziej wynikiem aktualnych wycen niż skromnym wzrostem stóp procentowych. W przeszłości nie było korelacji między poziomem stóp procentowych, a luką w wycenie między oboma typami aktywów. Co ważne jednak, różnica ta była w zeszłym roku jedną z największych, jakie kiedykolwiek odnotowano, więc wynikała z deflacji. W każdym razie nie zmniejszyła się zbytnio.

Bloomberg

Innymi słowy, pomimo całego zamieszania związanego z oczekiwaniami inflacyjnymi, stopami procentowymi i cenami akcji, niewiele się do tej pory wydarzyło. Inwestorzy powinni o tym pamiętać, ponieważ nie brakuje handlarzy sprzedających wszelkiego rodzaju drogie i niepotrzebne „ubezpieczenia” portfeli inwestycyjnych przed nadchodzącą plagą (inflacją) i wynikającymi z niej zawirowaniami na rynku. W otoczeniu gwałtownych handlowych rozmów łatwo zapomnieć, że prosty, zrównoważony i niedrogi portfel akcji oraz obligacji dobrze służył inwestorom w przeszłości i nadążał za inflacją, nawet w latach siedemdziesiątych. W tym celu inwestorzy, którzy opierali się w ostatnich latach na amerykańskich akcjach wzrostowych i długoterminowych obligacjach, mogą osiągnąć lepszą równowagę, skracając termin zapadalności swoich obligacji i rozszerzając portfel akcji, zarówno amerykańskich, ja też zagranicznych.

Szalone lata 70.

Jeśli lata 70. są jakimś punktem odniesienia, to inwestorzy będą otrzymywali wiele ostrzeżeń, że inflacja zmierza w niepokojącym kierunku. Ceny zaczęły rosnąć na długo przed osiągnięciem bliźniaczych wartości szczytowych w 1974 i 1980 roku (odpowiednio na poziomie 12,2 i 14,6 proc.). Po raz pierwszy wzrosły w 1966 roku., gdy od stycznia do października inflacja podwoiła się z 1,9 do 3,8 proc. Po kilku miesiącach spadków zaczęła znowu stopniowo rosnąć do 6,4 proc. na początku 1970 roku. Te ostrzegawcze wystrzały oczywiście nie sygnalizowały, że z pewnością nastąpi wzrost inflacji, ale ostrzegały inwestorów, że nasilają się czynniki proinflacyjne. Dzisiaj nic nie przypomina sytuacji z tamtego okresu. Stopa inflacji wyniosła w lutym 1,7 proc. (w porównaniu z niebezpiecznie niskim poziomem 0,2 proc. w maju ubiegłego roku), ale wciąż znajdowała się znacznie poniżej celu Fed-u.

Inną różnicą między okresem poprzedzającym lata 70., a dniem dzisiejszym jest to, że Fed (a właściwie wszyscy na rynku) ma się na baczności, by nie dopuścić ponownie do tak przerażającej sytuacji. Poprzednio Fed nie interweniował aż do późnych lat siedemdziesiątych, czyli przez ponad dekadę od momentu, gdy inflacja „podniosła głowę”. Jest mało prawdopodobne, by sytuacja ponownie wypadła z radaru politycznej agendy, parafrazując Mary Daly, prezes Fed w San Francisco.

Inflacja może jeszcze stać się problemem, ale nie jest to oczywiste. Miejmy oko na miesięczne liczby. Jeśli inflacja w ujęciu rocznym będzie się utrzymywała przez kilka miesięcy na poziomie znacząco powyżej wieloletniej średniej, to może to oznaczać narastanie presji inflacyjnej. Do tego momentu strach przed inflacją jest większym zagrożeniem dla inwestorów niż sam wzrost cen.