"Osobiście uważam, że prezydenta poznamy, kiedy Sąd Najwyższy (SN) stwierdzi ważność i legalność wyborów w USA. To, że prezydent Donald Trump i kandydat Demokratów Joe Biden, ich prawnicy, spotkają się w procesach w sprawie podważania kwestii głosowania, przeliczania głosów, terminów, to było pewne od kilku miesięcy, kiedy Trump zaczął mówić, że obawia się, iż głosowanie listowne może zakończyć się oszustwem" - mówi PAP w czwartek Rydliński.

"Pod tym względem nie jestem więc zaskoczony" - zauważa. "Będę za to nasłuchiwał wykładni orzeczenia SN. Pamiętajmy, że w SN Republikanie mają znaczną przewagę. W wyborach w 2000 r. na Florydzie de facto wygrał Al Gore, ale de iure wygrał George W. Bush. I to jednak zdominowany przez Republikanów SN ogłosił, skądinąd niedemokratyczną decyzję, że to kandydat Republikanów będzie prezydentem USA. A Al Gore wtedy, mając na uwadze dobro USA i pewną kulturę polityczną, uznał te wyrok" - wskazuje amerykanista.

Według niego w 2020 r. Joe "Biden takiego wyroku zwyczajnie by nie uznał". "Przypuszczam, że również elita Partii Demokratycznej i część elity Partii Republikańskiej widziałyby w tym pewne uzasadnienie", "zobaczymy, jak zakończy się sprawa w SN" - dodaje Rydliński.

Jak wskazuje, wybory prezydenckie w USA od wielu lat pokazują utarte podziały społeczne: między lewicowymi wybrzeżami i prawicowym centrum Stanów Zjednoczonych. "Fascynuje nas także sytuacja w tzw. wahających się stanach (ang. swing states). Te stany, które cztery lata temu z rąk Demokratów odbił Donald Trump, teraz decydują; chodzi o Michigan, Wisconsin i Pensylwanię (...). Widzimy więc, że te cztery lata nie były aż tak udane, szczególnie dla białych wyborców z klasy robotniczej, skoro jednak zdecydowali się oni najprawdopodobniej w tych stanach zagłosować na kandydata Demokratów" - dodaje.

W ocenie eksperta otwarte pozostaje pytanie, czy nowy prezydent będzie w stanie te poważne podziały społeczne, klasowe, etniczne i rasowe niwelować. "W przeciwieństwie do Donalda Trumpa taki przekaz płynął z ust Joe Bidena" - wskazuje ekspert. Ale zastrzega, że gdyby prezydentem został Biden, "to będzie mu bardzo trudno" zmniejszyć podziały, "tym bardziej, że od drugiej kadencji Baracka Obamy jesteśmy świadkami poważnych napięć politycznych w USA". Rydliński zwraca uwagę, że każdemu, kto wygra, ciężko będzie pogodzić "interesy wielkomiejskiej klasy średniej z Manhattanu z interesami ciężko pracujących farmerów w Alabamie".

Reklama

"W zależności od doboru sekretarzy poszczególnych departamentów i tego, jaką politykę będzie realizował Joe Biden" dowiemy się, "czy te wezwania to puste frazesy, czy jednak pomysł na polityczną działalność na następne cztery lata" - dodaje ekspert. Jak wskazuje, "w przeciwieństwie do swojego konkurenta Biden już w środę mówił, że czeka na wyniki wyborów, że jest pewien tego, że może je wygrać, ale że w zasadzie nie wygra on lecz amerykańska demokracja i że Amerykanie są jednym społeczeństwem".

Spytany, o to, jak podanie w wątpliwość przez samego Trumpa w noc wyborczą liczenia głosów wpłynie na podważanie przez część Amerykanów czy establismentu systemu zliczania głosów, który obowiązuje w USA od lat, ekspert odparł: "To jest jeden z największych paradoksów politologicznych, z którym się mierzymy od lat. Jedno z najnowocześniejszych państw, które jest siedzibę firm Google, Apple, Amazon, absolutnych innowatorów w dziedzinie informatyzacji, technologii i smart'life, ma niezwykle archaiczny system wyborczy i system głosowania".

Według Rydlińskiego wybór prezydenta "może być podważany przez trumpistów, jeśli Trump przegra wybory". "Pamiętajmy jednak, że cała Partia Republikańska nie stoi murem za Trumpem. (...) Jakaś część amerykańskiej prawicy może podważać legalność wyboru Bidena na tle przeliczania głosów, ale pamiętajmy, że jakaś część amerykańskiej prawicy mówiła kiedyś, że Barack Obama nie urodził się w USA w związku z czym podważano jego wybór" na prezydenta - przypomina amerykanista.

Na koniec Rydliński dodaje, że należy pamiętać, iż "źródłem podziałów w USA nie jest wyłącznie podział ideologiczny prawica-lewica, lecz podział ekonomiczny, klasowy, etniczny, rasowy, religijny". "Dochodzi do tego kwestia kryzysu ekonomicznego. Pamiętajmy, że w ostatnich latach USA dostały potężne ciosy: kryzys finansowy 2008 r. i kryzys Covid-19, który wpłynął na wielomilionowe bezrobocie i zamknięcie wielu małych biznesów, które były prowadzone przez pokolenia Amerykanów" - kwituje.