Aż 23 z 32 państw członkowskich Sojuszu Północnoatlantyckiego w 2024 r. wyda co najmniej magiczne 2 proc. PKB na obronność. Przynajmniej takie są szacunki w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli. To bardzo dobra wiadomość – Europa Zachodnia wreszcie zaczęła poważnie traktować zagrożenie z Rosji. Dla porównania: w 2014 r. ten pułap osiągnęły tylko trzy państwa. W 2023 r. było ich ledwie dziesięć. Teraz aż 23!

Co w żaden sposób nie dziwi, najbardziej te wydatki zwiększają państwa wschodniej flanki, które są najbliżej Rosji: Polska, państwa bałtyckie, Rumunia czy Finlandia. Te z południa Europy, jak Hiszpania czy Portugalia, dalej się do większych wydatków nie kwapią. Nie robi tego także jedno z najbogatszych państw świata – Luksemburg. Niestety, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, czy raczej położenia geograficznego. I choć nie ma sensu skupiać się tylko na wydatkach, bo i wydając dużo, można osiągać marne efekty, to jednak bez wydatków zdolności obronnych na pewno się nie zwiększy.

Borsuk nie będzie hitem eksportowym

Reklama

O tym, na co te środki wydawać, można się było przekonać w Paryżu, gdzie w tym tygodniu odbywają się jedne z największych targów zbrojeniowych na świecie – Eurosatory. Pojawiło się tam aż 1,7 tys. wystawców. Tym razem zabrakło firm z Izraela, którym zakazano udziału z powodu wojny, którą kraj prowadzi w Strefie Gazy.

Jeśli chodzi o polski akcent, to zaprezentowano tam m.in. bojowy wóz piechoty Borsuk. Resort obrony podpisał umowę ramową na zakup prawie 1,5 tys. sztuk takich pojazdów w różnych wersjach. Pierwszej umowy wykonawczej, czyli właściwego kontraktu, w optymistycznym założeniu można się spodziewać w czwartym kwartale tego roku.

Problem w tym, że by produkować takie pojazdy w dużej liczbie, trzeba mieć odpowiednie maszyny, miejsce i ludzi. By to stworzyć, potrzebne są inwestycje. Skala inwestycji, które teraz prowadzi Huta Stalowa Wola, jest jak na polskie warunki duża. Ale w skali europejskiego przemysłu zbrojeniowego bardzo mała. Szanse na to, że w ciągu pięciu lat będziemy w stanie produkować co najmniej 100 Borsuków rocznie, są minimalne. A przy takiej skali produkcji realizacja zamówienia dla MON zajęłaby 15 lat. Dlatego trudno mi zrozumieć, po co jeden z egzemplarzy Borsuka pojechał do Paryża, skoro my i tak nie mamy zdolności do produkcji na eksport. By je stworzyć, trzeba zainwestować środki, a formalny właściciel PGZ – Ministerstwo Aktywów Państwowych – ich nie przyznaje.

Piłka jest po stronie polityków, którzy grą w silną zbrojeniówkę najwyraźniej nie są zainteresowani. Symbolicznie podkreśla to drobny błąd – MAP informując o unijnym programie EDIRPA (european defence industry reinforcement through common procurement act), przekręca jego nazwę. Kwaśno uśmiecham się w uśmiechniętej Polsce.

Produkcja czołgów w Polsce wciąż daleko

Czym z kolei są zainteresowani polscy politycy z resortu obrony? Wicepremier minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz stwierdził w czwartek po spotkaniu z koreańskim ministrem obrony, że „musimy usprawnić proces transferu technologii do Polski”. No i że rozmawialiśmy także o produkcji czołgów w Polsce.

- Oczywiście przygotowanie linii technologicznych wymaga czasu, ale nadrabiamy te zaległości. Potwierdzenie kontraktów, ich terminowość i transfer technologii to był cel naszego dzisiejszego spotkania. Bardzo ważna dla nas jest polonizacja produktów – tłumaczył polityk.

Po pół roku rządzenia deklaracje polityków o „potwierdzaniu kontraktów” wydają się jednak nieco miałkie. Oby deklaracja dotycząca tego, że podczas wrześniowego Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego w Kielcach podpisana zostanie kolejna umowa wykonawcza, najpewniej dotycząca czołgów K2, była prawdziwa. Jak to wyjaśniał prezes PGZ Krzysztof Trofiniak, dopiero po jej zawarciu nastąpi „otwarcie drzwi do porozumienia na transfer technologii produkcji czołgu z Korei”. Realistycznie patrząc, ewentualny montaż takich czołgów w Polsce to dopiero końcówka dekady. I to też nie jest przesądzone.

Żołnierzu, łam prawo!

Jeśli chodzi o kwestie, którymi żyje kierownictwo MON, to wciąż bardzo żywy jest temat tego, jak żołnierze na granicy wschodniej mogą używać broni palnej.

- Jeżeli żołnierz broniłby granicy, a zagrożone byłoby jego życie i zdrowie, to ma on prawo przekroczyć swoje uprawnienia – stwierdził minister Kosiniak-Kamysz.

Jest to wypowiedź z gatunku tych absurdalnych, pokazująca bezradność. Zamiast nieco uprościć obowiązujące regulacje, wicepremier namawia do tego, żeby łamać prawo. Na moje oko dosyć trudno to pogodzić z praworządnością, o której tyle jeszcze niedawno mówili politycy obecnie rządzący.

Patrząc z lotu ptaka wydaje się, że pół roku zajmowania się bardzo intensywnie kampanią wyborczą, a mniej intensywnie resortem obrony czy zbrojeniówką w ogóle, przynosi swoje owoce. Żniwa koalicjantów mogą być jednak bardzo nieudane.