W poniedziałek biuro prasowe NIK wysłało powiadomienie, że na stronie izby dostępny jest już raport o opiece nad osobami z autyzmem lub zespołem Aspergera. Z krótkiej informacji wynikało, że większości uczniów stworzono warunki do uzyskania wykształcenia, ale że brakuje działań przygotowujących ich do pracy i samodzielnego życia. To zaś może „oznaczać regres i utratę umiejętności, które chorzy na autyzm lub zespół Aspergera nabywali przez wiele lat edukacji, a w konsekwencji prowadzić do wykluczenia społecznego”. Chcąc opisać zjawisko, NIK nie uniknęła kardynalnego, powtarzanego niestety, błędu. Nazwała chorobą to, co nią nie jest. I co środowisko osób ze spektrum autyzmu wzburza od lat. Bo autyzm to całościowe zaburzenie rozwoju. I NIK zdawała się o tym wiedzieć, bo w raporcie zawarto trafną definicję.

Izba, po zwróceniu uwagi, zareagowała szybko i z medialnej informacji „chorych na autyzm” wyrzuciła. Ale ta wpadka każe się zastanowić, dlaczego nazywamy coś chorobą. Jaka jest granica między chorobą a zaburzeniem albo jeszcze dalej – złym zachowaniem czy preferencją do czegoś, co odbiega od normy. Całkiem niedawno chorobą nazywano homoseksualizm. Dopiero 30 lat temu Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) skreśliła go z listy chorób i zaburzeń, co w wielu krajach zapoczątkowało porzucanie terapii konwersyjnych (wymuszających zmianę preferencji seksualnych) wobec osób o tej orientacji.

Ujęcie medyczne

Eksperci zgadzają się, że pojęcie choroby jest szerokie, a wyznaczenie granicy, co nią jest, a co nie, dość trudne do sprecyzowania. W dużej mierze zależy też od tego, kto interpretacji dokonuje, jakiej jest specjalizacji, z jakiego pochodzi środowiska itd.