Z Justyną Jóźwiak rozmawia Paulina Nowosielska

W raporcie, który jest efektem ponad dwóch lat zbierania danych, stawia pani mocną tezę: przymusowe umieszczenie dzieci na oddziałach psychiatrycznych jest nadużywane. Skąd taki wniosek?

Reklama

Analizowaliśmy akta nieletnich pacjentów, dokumentację medyczną, nagrania z monitoringu, wizytowaliśmy te miejsca, rozmawialiśmy na osobności z nieletnimi pacjentami. Od lekarzy usłyszałam, że połowa z tych dzieci nie powinna się znaleźć na sądowych oddziałach psychiatrycznych. W przypadku kolejnych 30 proc. zamiast nieletnich powinni tam być ich rodzice. Pozostały niewielki procent to ci, którzy rzeczywiście wymagają hospitalizacji. Nieletni mający zaburzenia związane z niekorzystnym środowiskiem wychowawczym, nie powinni trafiać do zamkniętych szpitalnych oddziałów. A mimo to dla wielu z nich to ostatnia instytucja, do której trafiają po długich miesiącach czy latach wędrówek między placówkami.

A jak się zaczyna ta wędrówka?

W raporcie skupiliśmy się na dzieciach, które przeszły przez wiele instytucji opiekuńczych i wychowawczych. Za którymi nie stoi dorosły opiekun, przedkładający ich dobro ponad wszelkie inne. Te dzieci dźwigają trudne doświadczenia. Z opinii psychologów, pedagogów, lekarzy sądowych wyłaniają się zadziwiająco podobne historie: w rodzinnym domu działo się źle. Alkohol, przemoc, wykorzystanie seksualne, zaniedbanie fizyczne i medyczne. W efekcie zazwyczaj odbierano ojcu i matce władzę rodzicielską, a młodzi ludzie trafiali najpierw do rodziny zastępczej, domu dziecka czy innej placówki opiekuńczej. Dostawali tam dach nad głową, jedzenie. Ale nie zawsze pracowano z tymi dziećmi nad traumą, którą przeszły. Tymczasem ta trauma rośnie wraz z nimi, nie ulega przedawnieniu. Dziecko bez pomocy samo nie stanie na nogi. Cierpienie, które nie jest leczone psychoterapeutycznie, powoduje napięcia. Jego objawami są m.in. wagary, alkohol, narkotyki, wchodzenie w konflikt z prawem. Zaczynają się kradzieże, agresja wobec innych i siebie. Samookaleczenia są częstym zjawiskiem wśród tych młodych ludzi, bo – jak mi opowiadali – przynoszą im ulgę.

Jak często tak się dzieje?

Zdecydowanie za często. Z analizowanych przez nas akt wyłania się schemat: pracownicy domów dziecka przestają sobie radzić z takim człowiekiem, obawiają się, że będzie miał zły wpływ na innych podopiecznych. Wnioskują więc do sądu o umieszczenie nieletniego w młodzieżowym ośrodku wychowawczym (MOW), argumentując, że wykazuje przejawy demoralizacji lub dopuścił się czynu karalnego. Takich placówek – podlegają one MEN – jest w Polsce 95, przebywa tam ok. 4,5 tys. nieletnich. Na ich terenie działają szkoły, jest szeroki wybór kół zainteresowań. Jest pedagog i obowiązkowa socjoterapia, wspólnotowe przeżywanie np. świąt państwowych i religijnych. Ale to nie jest terapia nad emocjami i traumą. Do tego dochodzą kłopoty adaptacyjne. Wypracowanie sobie pozycji w ośrodku jest dla tych dzieci ważne. W rozmowach z nimi często słyszałam o walce i rywalizacji, które z kolei mogą prowadzić do ukształtowania się w placówce tzw. drugiego życia.

CAŁA ROZMOWA W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP

Źródło nieznane

fot. mat. prasowe

Justyna Jóźwiak socjolog, doktor nauk społecznych, starsza specjalistka Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, autorka raportu „Nieletni z niepełnosprawnością psychiczną i intelektualną w miejscach izolacji”