Należę do najgorszej kategorii czytelników - zaginam rogi w książkach, kładę je otwarte kartkami do spodu, kreślę po nich ołówkiem. Ale to jeszcze nic: w moich zbiorach panuje chaos, a próby jego okiełznania wytwarzają jedynie większy nieporządek, książki nie tylko stoją u mnie na półkach w ordynarnych dwóch rzędach, lecz także leżą w nieregularnie ukształtowanych stosach; nawet jeśli pamiętam, gdzie znajduje się jakiś tytuł, dotarcie do niego wymaga często prac o charakterze górniczym. Na myśl, że miałbym ten bezkształtny papierowy masyw spakować i dokądkolwiek przeprowadzić, robi mi się słabo. Łatwiej byłoby przenieść Karpaty. Do tego dochodzi to wojenne zdjęcie z Ukrainy, które nie może mi wyjść z głowy: wyrwana przez rosyjską bombę ściana domu, za nią regał z ciasno upchanymi książkami.
To powoduje, że czuję się nieco dziwnie, kiedy czytam następujące zdania: „Moja ostatnia biblioteka mieściła się w małej (...), ustronnej wiosce na południu francuskiej Doliny Loary, na terenie starej kamiennej plebanii. (...) Wiekowa stodoła, której kamienie nosiły ślady sygnatur jej piętnastowiecznych budowniczych, mieściła mój księgozbiór przez niemal piętnaście lat”. Moja biblioteka mieści się w bloku z wielkiej płyty i ze wszystkich rzeczy na świecie najbardziej przypomina śmietnik.
Reklama

Szczerze pokochać

A jednak - biblioteka to biblioteka. Nawet biblioteki skrajnie do siebie niepodobne mają mnóstwo cech wspólnych. Biblioteki różnią się od siebie jak psy - jeden ma dwa metry w kłębie i rodowód od wczesnego średniowiecza, drugi: pięciocentymetrowe łapki oraz - widoczną na pierwszy rzut oka - skomplikowaną genetyczną historię wiejskich romansów. Ale, przynajmniej teoretycznie, mogą się szczerze pokochać i rozmnożyć. To nadal ten sam gatunek.
Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie nawet odrobiny Schadenfreude, że właściciel biblioteki pomieszczonej w XV-wiecznej francuskiej stodole musiał ją stamtąd usunąć i w pudłach przetransportować do Kanady. Ja mu serdecznie współczuję, zwłaszcza że miał w tej stodole 35 tys. tomów. Lekko licząc: 350 wielkich pudeł po 100 książek. Na Teutatesa!
Sprowadzam to wydarzenie do kwestii praktycznych, ale trzeba wspomnieć, że człowiekiem, który musiał przerzucić swój księgozbiór przez ocean, jest Alberto Manguel - postać nietuzinkowa. Urodzony w 1948 r. argentyński Żyd (ma też obywatelstwa kanadyjskie i francuskie) jako młody poliglota był w Buenos Aires przez cztery lata lektorem Jorge Luisa Borgesa (w sensie dosłownym: czytał tracącemu wzrok autorowi „Fikcji” książki na głos w różnych językach). To doświadczenie zdeterminowało dalsze losy Manguela - został człowiekiem słowa: pisarzem, eseistą, encyklopedystą, leksykografem. Najsłynniejsze osiągnięcie literackie Manguela, napisany na spółkę z Giannim Guadalupim potężny „Słownik miejsc wyobrażonych”, jest od trzech lat dostępne także po polsku (przeł. Piotr Bikont, Jan Gondowicz, Michał Kłobukowski, Jolanta Kozak, Maciej Płaza, Maciej Świerkocki, PIW 2019) - można spędzić nad tym tomiszczem długie miesiące, co i rusz uświadamiając sobie własną ignorancję. Ale warta przypomnienia (i wznowienia) jest także „Moja historia czytania” (przeł. Hanna Jankowska, Muza 2003) - erudycyjna rzecz o intymnej relacji czytelnika z tekstem jako podstawowym budulcu naszej cywilizacji. W każdym razie Manguelowi warto zaufać, szczególnie gdy pisze o książkach i bibliotekach; jego wiedza, wrażliwość i dygresyjny styl są autentyczne, nic nie mają wspólnego z wyższościowym snobizmem.
„Pożegnanie z biblioteką. Elegia z dziesięciorgiem napomknień” jest, jak już było nie wprost powiedziane, eseistyczną relacją z likwidacji i pakowania księgozbioru. Dlaczego ta rzecz - pięknie spolszczona przez Michała Tabaczyńskiego - to elegia? Sprawa jest prosta: biblioteka to nie tylko książki, to także miejsce, to również, a może nade wszystko, nasze życie. Jeśli żyjemy z książkami, stają się one częścią naszej własnej biografii. Zwłaszcza gdy pomyśleć o nich jako o pojemnikach na ludzkie dusze; książki to jedyni znajomi, których zawsze możemy zabrać ze sobą. Ale ten sam księgozbiór ustawiony w innej lokalizacji i w innym czasie będzie już innym księgozbiorem.
Manguel dzieli z Borgesem fascynację absolutystycznymi - i niespełnialnymi - pretensjami literatury. Borges w głośnym opowiadaniu „Biblioteka Babel” (1941) nakreślił model biblioteki, która (na zasadzie kombinatorycznej) zawiera wszystkie możliwe książki we wszystkich możliwych językach, a z kolei te książki: wszystkie możliwe ciągi znaków. Taka biblioteka totalna byłaby zarazem totalną klęską: sensowne komunikaty utonęłyby w bezkresnym oceanie entropijnego bełkotu. Manguel przypomina o tym, że biblioteka stanowi z założenia przedsięwzięcie utopijne, podobnie zresztą jak sama literatura z jej ambicją imitacyjnego oddania złożoności świata za pomocą słów, jak wszelkiego rodzaju słowniki, które w momencie druku są już - jako synchroniczne utopie - nieaktualne. Historia kultury jest, sugeruje Manguel, historią porażek, niekiedy bardzo urodziwych. Aby móc czytać świadomie, trzeba zdawać sobie sprawę, że mamy do czynienia ze sztuką niedoskonałej iluzji, która organizuje rzeczywistość na własną modłę, organizuje też nasz sposób myślenia, który - tu paradoks - nie będąc błędnym, nie musi wcale być prawdziwy. Autor objaśnia to na przykładzie snów: sny, powiada, leżą zasadniczo poza obrębem kultury, ich naczelne cechy - wielokształtność, elastyczność, brak związków przyczynowo-skutkowych - sprawiają, że nie da się ich opowiedzieć. I tu wkracza literatura, która narzuca swoje struktury snom, by móc ułożyć je w znaczące narracje. Kto opowiada sny, nie opowiada snów - kolejny paradoks. Snu da się użyć co najwyżej do testowania autentyzmu rzeczywistości, albo, jak to uczynił Franz Kafka w „Przemianie”, można radykalnie odwrócić porządek rzeczy: Gregor Samsa stwierdza, że zamienił się w wielkiego robaka dopiero rano, po obudzeniu się.