Nasze dzieci zasługują na wszystko, co najlepsze. Czy jest polityk, który by się z tym nie zgodził? Sęk w tym, że za takimi słowami nie idą czyny. Polskie dzieci są słabiej chronione przed pneumokokami niż niemieckie, francuskie czy włoskie. Przyznają to nawet państwowe jednostki badawcze.

Niewiedza i powikłania

Pneumokoki to bakterie. Agresywne i szybko uodparniające się na antybiotyki. – Wytwarzają przeciw nim enzymy. I szybko się uczą, więc najczęściej stosowane substancje już nie działają na nie – mówi prof. Ewa Helwich, krajowa konsultant w dziedzinie neonatologii oraz kierownik Kliniki Neonatologii i Intensywnej Terapii w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie. Eksperci podają, że każdego roku na świecie umiera co najmniej 1,5 mln osób z powodu zakażeń pneumokokowych – ale są to, jak sami zaznaczają, szacunki ostrożne. W Polsce stwierdza się ponad 1 tys. zachorowań rocznie, współczynnik zapadalności zwiększył się w ciągu dekady trzykrotnie. Przy czym niekoniecznie więcej notuje się zachorowań, tylko polepszyła się wykrywalność. Nadal jednak – jak twierdzą eksperci – posiewy krwi, umożliwiające określenie źródła choroby, zlecane są zbyt rzadko.

Dziś pneumokoki są w Polsce najczęstszą przyczyną zakażeń bakteryjnych u dzieci. I zabijają. Ile jest ofiar? Tego nikt do tej pory nie policzył. Bo często lekarzom brakuje wiedzy oraz doświadczenia, by postawić prawidłową diagnozę. Specjaliści mawiają, że paciorkowce dobrze się ukrywają za innymi schorzeniami – pneumokoki wywołują zapalenia płuc, stawów, osierdzia, opon mózgowo-rdzeniowych, sepsę i wiele innych ciężkich chorób.

>>> Czytaj też: Antyszczepionkowcy nacierają. Cel? Zniszczyć resort i sanepid ich własną bronią

– Gdy mamy zakażenie dróg oddechowych albo zakażenie ucha, to nie zawsze wykonuje się u dzieci szerokie badania. Lekarze dają antybiotyk i czekają. Jeśli jednak zakażenie było spowodowane przez pneumokoki, to najczęściej stosowany lek może nie być skuteczny, a choroba będzie się przedłużać i może powodować powikłania – tłumaczy prof. Helwich. Bez wątpienia zdarzają się przypadki zgonów spowodowane pneumokokami, które nie są z nimi wiązane. Za przyczynę śmierci uznaje się sepsę lub zapalenie płuc. To, czym choroba była wywołana, bywa pomijane.

„Służba Zdrowia”, polski magazyn o tematyce zdrowotnej, informuje, że do 2016 r. wykazywano u nas jedynie dwa–trzy zachorowania spowodowane pneumokokami na 100 tys. osób. W tym samym czasie w USA wskaźnik zapadalności wynosił 50 przypadków na 100 tys. mieszkańców, zaś w Europie Zachodniej co najmniej 30 zdarzeń na 100 tys. osób. Albo więc Polska jest ewenementem na skalę światową, albo najzwyczajniej w świecie nie umiemy wskazać, kiedy mamy do czynienia z groźnymi bakteriami. A w zasadzie: nie umieliśmy. W ostatnich 2–3 latach świadomość lekarzy rośnie. Do badań trafia coraz więcej próbek. I wyniki nie napawają optymizmem.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP