Do wybuchu pandemii SARS-CoV-2 wirus HIV był najsłabiej społecznie oswojoną chorobą zakaźną. Niemożliwy do całkowitego wyleczenia, długo niedający objawów, kojarzony z grupami uważanymi za patologiczne. Analogie stricte medyczne są niewielkie. Epidemie różni skala problemu, drogi przenoszenia zakażenia, tempo, w jakim wirusy mutują, ale również to, kto przede wszystkim jest szczególnie narażony na zakażenie i jego najbardziej negatywne konsekwencje. Uderzające podobieństwa widać natomiast w reakcjach społecznych na pojawienie się nowego nieznanego zagrożenia, chaosie informacyjnym i dezorganizacji systemu opieki zdrowotnej.

Na początku epidemii HIV/AIDS zakażonymi właściwie nikt nie umiał i nie bardzo chciał się zajmować, a oni sami byli wykluczani ze społeczeństwa. W tegorocznej epidemii podobnej stygmatyzacji doświadczyli nie tylko chorzy na COVID-19 i zajmujący się nimi personel medyczny, lecz także ludzie, których podejrzewano o „roznoszenie zarazy”. W obu przypadkach wydawało się, że problem dotyczy kogoś innego. Gejów (HIV), Azjatów i osób, które wróciły z dalekich podróży (COVID-19). Nie nas.

Jeśliby wziąć pod uwagę tylko obecną dzienną liczbę wykrywanych zakażeń koronawirusem (od kilku dni, według oficjalnych danych, poniżej 20 tys.) i dane dotyczące liczby osób z wykrytym zakażeniem HIV w Polsce (oficjalnie ok. 25 tys., ale możliwie, że nawet o połowę więcej), porównywanie obu tych epidemii należałoby uznać za bezzasadne, a nawet irracjonalne. Lekarze zakaźnicy, przedstawiciele organizacji pozarządowych, a także sami zakażeni nie mają jednak wątpliwości, że podobieństw – szczególnie w społecznych reakcjach – jest co najmniej kilka. O HIV/AIDS trzeba głośno mówić, bo może się okazać, że skoncentrowanie całej uwagi na walce z koronawirusem niszczycielsko zadziała na sukcesy, które jako państwo osiągnęliśmy w leczeniu zakażenia HIV.

Leczymy, nie zapobiegamy

Z jednej strony w Polsce funkcjonuje wręcz wzorcowy system opieki medycznej nad osobami żyjącymi z HIV. Z drugiej – działania profilaktyczne praktycznie nie istnieją. Dlaczego? Odpowiedź jest banalna: nie ma pieniędzy. A nie ma ich m.in. dlatego, że widzenie sprawy niebezpiecznie zbliża się w Polsce do tego, które obowiązuje w Rosji. Odkąd kilka lat temu zakazano tam ustawowo tzw. homopropagandy, którą w praktyce utożsamia się z edukacją seksualną, epidemia HIV i AIDS zbiera coraz większe żniwo. Państwo nie ujawnia konkretnych danych, ale z informacji organizacji pozarządowych wynika, że w 2019 r. dziennie na AIDS umierało w Rosji 100 osób. Zakażonych jest co najmniej 2 mln, a dostęp do leczenia ma tylko ok. 300 tys. z nich. Co ważne: w minionym roku po raz pierwszy w historii do większości zdiagnozowanych zakażeń doszło w kontaktach heteroseksualnych (59 proc.).

Nawet pomijając ideologiczną walkę z edukacją seksualną w Polsce, sam ogrom problemów, z którymi boryka się w czasie pandemii koronawirusa system opieki zdrowotnej i państwo w ogóle, wystarczy, by przewidywać, że nakłady finansowe na mocno zaniedbaną do tej pory dziedzinę w najbliższym czasie nie zostaną zwiększone. Problem braku profilaktyki wiąże się z liczbą wykonywanych testów na obecność wirusa HIV. Tylko ok. 10 proc. Polaków kiedykolwiek wykonało badanie w tym kierunku, a w związku z epidemią koronawirusa testów robi się teraz jeszcze mniej niż zwykle.

Treść całego artykułu można przeczytać w piątkowym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej.