Węgierski parlament uchwalił dzisiaj zmiany w sposobie rozliczania czasu pracy. W miejsce dotychczasowych 250 nadgodzin rocznie, prawo, które zacznie obowiązywać od 1 stycznia przyszłego roku, dopuszcza 400 nadgodzin rocznie. Do tej pory godziny nadliczbowe były rozliczane w ciągu jednego roku, teraz będzie to ujęcie trzyletnie. Dopiero po takim czasie może zostać stwierdzona faktyczna liczba nadgodzin, to znaczy, że nawet przez trzy lata pracownik nie uzyska rozliczenia godzin nadliczbowych.

Elastyczny system rozliczania pracy ma zdaniem rządu zwiększyć konkurencyjność węgierskiej gospodarki. System ten ma być lepiej dostosowany do aktualnych potrzeb rynku, w tym zmieniającej się koniunktury. Podobne metody były wprowadzanie w innych krajach w czasie kryzysu finansowego. Nie ma wątpliwości, że zmiany w prawie pracy dostosowane są pod największą gałąź gospodarki – przemysł motoryzacyjny. Cykle produkcji samochodów odbywają się właśnie w ujęciu trzyletnim.

Do największych pracodawców w przemyśle motoryzacyjnym należą Mercedes, Audi i Suzuki. Pewnym jest, że fabrykę pod Debreczynem wybuduje za ponad 1 mld euro BMW. Węgry są jedną z największych montowni samochodów w Europie. Węgierska gospodarka jest bardzo silnie uzależniona od bezpośrednich inwestycji zagranicznych, których gros trafia właśnie do przemysłu samochodowego. W 2017 roku inwestycje zagraniczne odpowiadały za 67 proc. węgierskiego PKB. Oznacza to, ze każde poważniejsze problemy ekonomiczne, będą mocno oddziaływały na tutejszą gospodarkę, przy czym największym partnerem gospodarczym są Niemcy, do których trafia 27 proc. eksportu. Należy pamiętać, że kryzys gospodarczy w 2008 roku w ogromnym stopniu odbił się na węgierskiej gospodarce.

>>> Czytaj też: (De)koncentracja po węgiersku. Orbanowi udało się to, czego chciał Kaczyński

Prawo pracy zagwarantuje pracodawcom dodatkowe 250 godzin nadliczbowych na pracownika, na które ten musi się zgodzić. Na pozostałe 150 zgoda jest dobrowolna. Maksymalny tygodniowy wymiar czasu pracy ma wynieść 48 godzin. Oznacza to hipotetycznie sześciodniowy wymiar czasu pracy, chociaż poseł wnioskodawca, Lajos Kósa, gwarantuje, że tak się nie stanie. Stąd też opozycyjny Jobbik na transparentach zapisał hasło: „Teraz Fidesz odbiera ci weekend”.

Przeciwko zmianom w ustawodawstwie w weekend protestowały związki zawodowe, a także partie opozycyjne. Zmiany w prawie są przez nich nazywane "ustawą niewolniczą". Na ulice Budapesztu i innych miast wyszło kilkadziesiąt tysięcy osób. Według badań Instytutu Rublikon, 83 proc. Węgrów jest przeciwnych przegłosowanym zmianom. Ustawie sprzeciwiają się także wyborcy koalicji Fidesz-KDNP (63 proc., a 23 proc. nie ma zdania). Przeciwnych ustawie jest także 94 proc. wyborców Jobbiku i 95 proc. wyborców lewicowo-liberalnych.

Opozycja twierdzi, że rząd uległ międzynarodowym przemysłom i chce przekształcić Węgry w tanią siłę roboczą, tym bardziej, że stawki na Węgrzech są jednymi z najniższych w Europie. Niższe średnie zarobki netto są tylko w Rumunii i Bułgarii.

Środowe obrady w parlamencie były burzliwe, chociaż los ustawy był już z góry przesądzony. Cała opozycja zablokowała mównicę sejmową i stół marszałka. Pat trwał kilkadziesiąt minut, aż na salę dostarczono mikrofony, które umożliwiły prowadzenie obrad zza ław poselskich. Uchwalanie bloku ponad czterdziestu głosowań odbywało się wśród gwizdów, odgłosów syren płynących z megafonów oraz kilkunastu równoległych transmisji w mediach społecznościowych. W ławach rządowych zamiast pewności panował raczej niepokój, a premier i poszczególni ministrowie przez prawie trzy godziny stali.

W momencie kulminacyjnego głosowania, opozycja odśpiewała hymn państwowy. W poniedziałek, posłowie Węgierskiej Partii Socjalistycznej, aby zablokować procedowanie ustawy, zgłosili do projektu prawie 3000 poprawek. Jednak na zwołanym nadzwyczajnym posiedzeniu parlamentarnej komisji sprawiedliwości zdecydowano, że poprawki zostaną zblokowane w jednym głosowaniu.

Opozycja apeluje do prezydenta, aby ten nie podpisywał ustawy. János Áder ma na to pięć dni od momentu otrzymania aktu prawnego od marszałka. Jednak należy pamiętać, że jego weto z łatwością może zostać odrzucone przez parlamentarną większość, a zatem los ustawy wciąż pozostaje w rękach premiera Viktora Orbána.

Opozycja kontestuje także czy dzisiejsze głosowanie w ogóle było ważne, podnoszona jest między innymi kwestia tego, że urządzenia do głosowania umożliwiały oddanie głosu, chociaż nie znajdowały się w nich karty poselskie. Sprawa będzie rozwojowa, w najbliższych dniach dowiemy się więcej. Być może legalność głosowania będzie musiał rozważyć Sąd Konstytucyjny.

>>> Czytaj też: Ilu cudzoziemców płaci w Polsce składki ZUS?