Sugestie, że może być inaczej, które płyną od czasu do czasu z Mińska bądź Moskwy, są elementem gry, w której Rosjanie starają się sformalizować wpływy na Białorusi, a Łukaszenka – utrzymać dotychczasowy poziom wszechwładzy.

Dla białoruskiego przywódcy priorytetem jest zachowanie władzy. Nie suwerenność kraju, nie dobre imię na świecie, nie popularność w narodzie, nawet nie relacje z Rosją czy Zachodem. Chodzi wyłącznie o zachowanie władzy. Jeśli Łukaszenka ma spokój na własnym podwórku, może się bronić przed rosyjskimi naciskami, choćby imitując zbliżenie z Zachodem. Jeśli nie, sam sprzeda Moskwie kolejne elementy białoruskiej suwerenności, byle tylko Rosjanie pomogli mu wyjść z tarapatów.

Podczas kampanii wyborczej Łukaszenka grał także na niechęci do Rosji. Trudno powiedzieć, czy jego przekaz miał przekonać proeuropejską część obywateli, czy był tradycyjnym elementem rozgrywki z Zachodem. Białoruscy dyplomaci i prorządowi eksperci już dawno nauczyli się, że ich zachodni koledzy chętnie słuchają argumentów o rosyjskim zagrożeniu, które ma uzasadniać pogłębienie współpracy z Mińskiem na korzystnych dla niego warunkach.

Łukaszenka ostrzegał przed ingerencją Kremla w wybory i doszukiwał się rosyjskich śladów w kampanii wyborczej potencjalnych rywali. Sugerował, że to Rosjanie mogli wysłać na Białoruś najemników, których po wyborach Mińsk może przekazać Ukraińcom, by ci osądzili ich za udział w wojnie na Donbasie. Skarżył się, że Rosja przestała traktować Białoruś (czyli jego samego, zgodnie z wyznawaną przez Łukaszenkę zasadą „państwo to ja”) po bratersku, a zaczęła po partnersku.

Reklama

Wybory tradycyjnie sfałszowano, Zachód ich nie uznał, zaczęły się protesty o bezprecedensowej dla Białorusi skali. Najemnicy wrócili do domów w Rosji. Przedwyborcza gra się skończyła. – Przed wyborami powiedziałem: nazywacie nas dziś partnerami. Nie braćmi, a partnerami. Usłyszeli to na Kremlu i wszędzie. Dziś jesteśmy braćmi. Ale po co było czekać, aż nas ktoś na Zachodzie popchnie? To lekcja. Wyciągniemy potrzebne wnioski – mówił wczoraj białoruski przywódca podczas wizyty w Baranowiczach. I dodał, że razem z Władimirem Putinem ocali wspólną ojczyznę od Brześcia po Władywostok.

Rzeczywistość powiedziała „sprawdzam”. Łukaszenka po raz pierwszy od 1996 r. stanął w obliczu realnej groźby utraty władzy. Nie ze względu na rosyjskie czy zachodnie knowania, a uzewnętrzniony sprzeciw własnego narodu. Czy można sobie wyobrazić bardziej prorosyjski czyn niż wezwanie na pomoc rosyjskich wojsk, mając świadomość, że od lat 90., jeśli te wojska już do jakiegoś kraju wchodziły, zwykle w nim zostawały?

Rosjanie wcale się nie palą do interwencji zbrojnej. Na razie Putin mówił tylko o stworzeniu rezerwy, która w razie czego mogłaby pomóc sojusznikom w poradzeniu sobie z problemami. Po co Rosja miałaby po raz kolejny brudzić sobie ręce, skoro jej sojuszowi z Białorusią nic nie zagraża? Niech Łukaszenka sam przelewa krew, jeśli chce utrzymać władzę, a potem ponosi tego koszty. Tymczasem Moskwa okaże mu wszelką inną pomoc, poczynając od dyplomatycznej.

Putin jako drugi po prezydencie Chin Xi Jinpingu pogratulował Łukaszence wygranej. Moskwa sprzeciwia się zachodniej ingerencji w wewnętrzne sprawy Białorusi, choć zarazem – często w następnym zdaniu – zastrzega sobie prawo do własnej ingerencji, gdyby ktoś próbował zdezintegrować rosyjsko-białoruskie Państwo Związkowe. A opozycja? Rosyjskie kontakty i wypowiedzi jej przedstawicieli są faktem, ale też trudno było oczekiwać czego innego, skoro prozachodnia opozycja została rozbita przed dekadą, a nawet wówczas jej liderzy – Uładzimir Niaklajeu i Andrej Sannikau – zapewniali, że chcą bliskich relacji z Rosją, a nawet jeździli do Moskwy sondować, jaką mają szansę na wsparcie.

Kreml chętnie z tego korzystał, bo nic tak dobrze nie działa na Łukaszenkę, jak postraszenie groźbą poparcia opozycji, choć nigdy na taki krok się nie zdecydowano. W 2010 r. skutkiem była sprzedaż gazowych sieci przesyłowych. Tym razem Putin początkowo odmawiał Łukaszence spotkania tête -à-tête, ale głównie po to, by zorientować się, na czym stoi. Jak tylko sytuacja na Białorusi stała się z grubsza jasna – protesty nie wygasają, ale nie ma też znaczącego rozłamu w nomenklaturze – takie zaproszenie wystosowano. Łukaszenka ma odwiedzić Moskwę w ciągu najbliższych dwóch tygodni.

Putin wystawi wtedy rachunek za wsparcie, a najbardziej pewnym jego elementem będzie powrót do ubiegłorocznego planu Dmitrija Miedwiediewa, który zakładał przekazanie części kompetencji białoruskiego państwa na poziom ponadnarodowy. Na przełomie 2019 i 2020 r. Mińskowi udało się ten plan storpedować, bo priorytetem Łukaszenki było zachowanie prerogatyw. Teraz może być inaczej, bo staje się nim banalne utrzymanie się przy władzy.