HIMARS był dla Rosjan zimnym prysznicem
Wojna w Ukrainie pokazała brutalną prawdę: artyleria, która stoi za długo w jednym miejscu, długo nie pożyje. HIMARS-y zasłynęły w Ukrainie tym, że potrafiły uderzać precyzyjnie i szybko zmieniać stanowisko, przez co trudniej było je „dopaść” kontrbateryjnie. Rosyjska „Sarma” wygląda jak próba zrobienia własnej wersji wyrzutni działającej w tej filozofii. Podkreśla to sama konstrukcja i nacisk na automatykę. Rosjanie zaznaczają że system ma działać także z nieprzygotowanych pozycji, rozkładać się „z marszu” i koordynować uderzenia grupowe, a obsługa ma wykonać przygotowanie do strzału bez wychodzenia z kabiny. To brzmi jak projekt pod realia, w których każdy dymek na horyzoncie może zostać zauważony przez drona. Rosjanie twierdzą że pierwsza partia tych rakiet już dziął na ukraińskim froncie, ale na światowych targach zbrojeniowych zadebiutowała w sobotę,
Sarma kontra HIMARS: podobny pomysł, inne liczby
Najbardziej rzuca się w oczy prosty trik konstruktorów: 6 prowadnic zamiast 12. W rosyjskich realiach to duża zmiana, bo „Sarma” ma być lżejsza i bardziej mobilna od cięższych systemów w rodzaju Tornado-S, właśnie dzięki redukcji „pakietu” rakiet. I tu pojawia się skojarzenie z HIMARS-em: amerykańska wyrzutnia też jest „kompaktowa”. Przenosi jedną kasetę (6 pocisków GMLRS) i stawia na szybkie wejście w rejon, strzał i odskok. Różnice? HIMARS waży około 16 ton, a „Sarmę” Rosjanie opisują jako maszynę rzędu 24–25 ton, czyli to wciąż większy pojazd, choć w rosyjskiej rodzinie 300 mm ma być „odchudzony”.
A co z zasięgiem, o który najczęściej pyta Internet? Rosyjskie materiały mówią o użyciu kierowanych pocisków 9M544/9M549 o zasięgu do ok. 120 km. Dla porównania standardowe rakiety GMLRS od HIMARS-a często podaje się w widełkach do ok. 84–92 km, a wersja ER ma sięgać do ok. 150 km (a sama wyrzutnia może odpalać też pociski o jeszcze większym zasięgu z rodziny ATACMS). Innymi słowy: „Sarma” może wyglądać efektownie na tle klasycznych rakiet 227 mm, ale w „rodzinie” amerykańskiego systemu są już rozwiązania zarówno krótsze, jak i dużo dalszego zasięgu.
Mobilność i precyzja zamiast „ciężkiej pięści”
W rosyjskich opisach „Sarma” jest kontynuacją linii Smercz/Tornado-S, ale z wyraźnym zwrotem w stronę manewru. Rozstawienie w do 3 minut, pełna salwa w 18 sekund i zwinięcie w kolejne 3 minuty — to zestaw liczb, który ma robić jedno: zmniejszyć czas, gdy wyrzutnia jest „przybita” do ziemi i narażona na kontruderzenie. Do tego dochodzi automatyzacja: przygotowanie do strzału bez wychodzenia z kabiny, możliwość sterowania z pulpitu zdalnego, a więc teoretycznie większa przeżywalność załogi. Z kolei decyzja o 6 prowadnicach, choć oznacza mniejszą salwę niż w klasycznych radzieckich ciężkich systemach, ma sens w świecie, w którym liczy się nie tyle „tornado ognia”, co celny strzał i ucieczka zanim przeciwnik zdąży zareagować.
Polska nie ma się czego wstydzić: HIMARS + Homar-K
W tym całym porównywaniu łatwo przegapić jedno: Polska już jest w klubie użytkowników HIMARS-a, a równolegle buduje potężną rakietową „drugą nogę” z koreańskim K239 Chunmoo (Homar-K). To ważne, bo dyskusja o wyrzutniach zwykle sprowadza się do pojedynczego „cudownego systemu”, a w praktyce liczy się skala, logistyka i różne typy amunicji — od klasycznych po precyzyjne. Polski miks amerykańsko-koreański daje elastyczność i masę ognia, a do tego jest czytelnym sygnałem odstraszania w regionie. A rosyjska „Sarma”? Jeśli faktycznie powstała jako odpowiedź na „efekt HIMARS”, to znaczy tylko tyle, że Moskwa też zrozumiała, co w Ukrainie działało najlepiej: szybkość, precyzja i znikanie z mapy, zanim przeciwnik zdąży odpowiedzieć.