Wraz z rozwojem pandemii koronawirusa światowi liderzy w coraz większym stopniu poświęcają swoją uwagę zagrożeniom epidemicznym, co jest zrozumiałe. Istnieją jednak także inne niebezpieczeństwa dla ludzkości, które wymagają uwagi. Jednym z najbardziej przerażających jest ryzyko wojny nuklearnej. Niestety, ryzyko to rośnie.

Niektóre nagłówki mogą być mylące. Owszem, liczba głowic nuklearnych na świecie nieznacznie się zmniejszyła w ciągu ostatniego roku, jak wynika z ostatniego raportu SIPRI (Stockholm International Peace Research Institute). Wynika to z tego, że dwa państwa, które posiadają ponad 90 proc. wszystkich głowic, czyli USA i Rosja, zmniejszyły swój potencjał.

W tym samym czasie jednak wszystkie dziewięć krajów, które posiadają bomby atomowe, modernizują inne głowice i systemy przenoszenia broni. W ubiegłym tygodniu Francja z łodzi podwodnej wystrzeliła międzykontynentalną rakietę atomową, która potrafi przemieszczać się z prędkością 20-krotnie większą niż prędkość dźwięku. Z kolei inne kraje, w szczególności Chiny, powiększają zasoby broni nuklearnej tak szybko, jak to możliwe.

Co bardziej niepokojące, państwa dokonują rewizji swoich strategii nuklearnych. Do przeszłości odeszła amoralna, ale logiczna stabilność czasów zimnej wojny, kiedy to dwa mocarstwa wzajemnie się kontrolowały w ramach doktryny “Mutual Assured Destruction” (MAD), oznaczającej wzajemne zniszczenie w przypadku wykorzystania broni przez któreś z państw.

Liczba głowic nuklearnych w 2020 roku i zmiana od 2019 roku w poszczególnych państwach. Źródło: SIPRI / Bloomberg
Reklama

Na przykład Rosja w coraz większym stopniu dopuszcza wykorzystanie mniejszych, „taktycznych” uderzeń atomowych jako formy kompensacji dla słabości swoich sił zbrojnych. Można sobie wyobrazić, że konflikt, który rozpocznie się od metod hybrydowych, obejmujących cały wachlarz działań, od kampanii dezinformacyjnych po działania żołnierzy w nieoznakowanych strojach, może łatwo przerodzić się w konwencjonalną wojnę z ograniczonym uderzeniem nuklearnym, które spowoduje kontruderzenie itd.

Pojawia się także spekulacja, że Indie mogą złagodzić swoją politykę przyjętą w 1998 roku, że nigdy jako pierwsze nie użyją broni atomowej. Takie eksperymenty myślowe w kraju, który graniczy z uzbrojonymi w broń atomową Pakistanem i Chinami, to całkiem poważna sprawa. Tylko w tym tygodniu Chiny i Indie starły się na kwestionowanej granicy w Himalajach. Można się tylko domyślać, jak na taki kryzys przy swoim terytorium zareagowałaby Korea Północna.

Tymczasem wszelkie próby ograniczenia lub zmniejszenia liczby głowic utknęły w miejscu. Traktat pomiędzy USA a ZSRR, który eliminował użycie rakiet krótkiego i średniego zasięgu, załamał się w ubiegłym roku po tym, jak Waszyngton oskarżył Moskwę o oszustwa.

Co więcej, starzy wrogowie nie są bliżej osiągnięcia porozumienia w sprawie przedłużenia jedynej już umowy regulującej kontrolę zbrojeń, czyli nowej umowy START, która wygaśnie w lutym. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest naleganie USA, aby do negocjacji dołączyło trzecie i wschodzące supermocarstwo. Chiny jednak, które są przekonane, że dopiero nadrabiają zaległości wobec USA i Rosji, nie chcą zaakceptować żadnych ograniczeń.

Postęp zatrzymał się również jeśli chodzi o aktualizację Układu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej, który zaczął obowiązywać dokładnie 50 lat temu. Układ ten powinien powstrzymywać kolejne kraje przed wykorzystywaniem atomu do celów wojskowych i ograniczać taką działalność tylko do celów cywilnych (np. w energetyce). Tymczasem od momentu podpisania Układu aż 5 krajów uzyskało broń atomową. Co gorsza, teoria gier sugeruje, że dla innych państw racjonalnym rozwiązaniem będzie staranie się o to samo. Iran może być następny.

Jedyne porozmienie międzynarodowe, które może powstrzymać rozwój arsenału jądrowego, czyli ONZ-owski Traktat o zakazie broni jądrowej, który powstawł w 2017 roku, ma mizerne szanse na wejście w życie. Żadne państwo nuklearne nie chce go ratyfikować, tak samo jak wiele innych krajów nieposiadających arsenału nuklearnego.

Jakby tego wszystkiego było mało, coraz więcej wątpliwości pojawia się Sojuszu Północnoatlantyckim, którego wiarygodność spada, a wraz z tym spada także zdolność do odstraszania, co jest kluczowe w zapobieganiu wojnom. W szczególności Niemcy są przerażone traktowaniem ich przez prezydenta Donalda Trumpa, który chcąc ukarać Berlin jako kiepskiego sojusznika, potwierdził wycofanie znad Renu około jednej czwartej amerykańskich żołnierzy.

W maju kilku liderów współrządzącej Niemcami SPD, partii z długą tradycją antyamerykanizmu, zasugerowało, że ich kraj mógłby wystąpić z NATO-wskiego programu Nuclear Sharing. Program oznacza, że Niemcy na swoim terytorium przechowują amerykańską broń jądrową oraz zapewniają samoloty do jej przenoszenia. Taka polityka miała sprawiać, że wspólne odstraszanie staje się bardziej wiarygodne, ale część niemieckiej lewicy uznała, że brak zaufania do Trumpa jest wystarczającym powodem, aby podważyć tę logikę. Na szczęście niemieckiej kanclerz Angeli Merkel udało się powstrzymać opór.

Jednak gdzieś pomiędzy naiwnością w Niemczech, wojowniczością Rosji, ambicjami Chin, bezmyślnością Trumpowskiej Ameryki i brawurą Korei Północnej, sytuacja i perspektywy są dość ponure. Egomaniacy lub łotrzykowie mogą ulec pokusie przetestowania granic, a błąd ludzki może spotęgować szaleństwo.

Co więcej, klimat w stosunkach międzynarodowych nie sprzyja obecnie rozwiązaniom. Światowi liderzy, którzy liczą się najbardziej, są dziś tak zajęci „wojnami handlowymi” i „szczepionkowym nacjonalizmem”, że nie wyobrażają sobie siedzenia przy jednym stole z ludźmi, których nienawidzą i z którymi w gruncie rzeczy powinni rozmawiać. Wcześniej nazywało się to dyplomacją.

Niemniej ludzie ci muszą się wznieść ponad siebie. Jeśli nie mogą, to cała reszta z nas, począwszy od wyborców, a skończywszy na wojsku, powinna ich do tego zmusić. Tylko cierpliwy multilateralizm – choć to łacińskie słowo nie jest sexy dla samców alfa – może nas ocalić w dłuższej perspektywie. W przeciwnym razie, używając metafory zimnowojennej, narody świata znajdą się w pokoju wypełnionym benzyną, gdzie każdy liczy, ile ma zapałek do czasu, aż ktoś jednej nie odpali.