Ludzkość słynie z paradoksów. Oto jeden z nich. Mięso z ryb to najzdrowsze mięso, zalecają je lekarze i dietetycy. I w ślad za tym, a także powiększającą się klasą średnią w krajach rozwijających się, od lat na całym świecie spożycie ryb rośnie.

Rosło jednak w ostatnich dekadach tak szybko (szybciej niż ludzka populacja), że ryb łowiono w wielu miejscach zbyt dużo. Skończyło się tym, że niektóre akweny czy rzeki zostały „przełowione”, więc trzeba było zacząć wprowadzać limity połowów dzikich ryb.

By mimo to sprostać rosnącemu popytowi na ryby, zaczęła się rozwijać ich hodowla, często tak intensywna, że można było mówić o przemysłowych fermach rybnych. Bo jak inaczej nazwać podwodne klatki lub zbiorniki, w których ryby są tak stłoczone, że nie mogą w nich swobodnie pływać?

Dzikie jest lepsze

Dziko żyjące ryby mają dużo lepsze warunki bytowania niż hodowlane, a ich mięso jest smaczniejsze i zdrowsze niż tych z hodowli, szczególnie takich, które pochodzą z rybnych ferm. Ale jeśli dzikich ryb nie można łowić więcej, a popyt na ryby rośnie, to napędza się ich sztuczna hodowla, zwłaszcza tam, gdzie jest ona najtańsza, a więc m.in. w Azji i Afryce, na których to kontynentach standardy hodowli są dużo niższe niż w Europie.

Reklama

Według danych FAO (Food and Agriculture Organization of the United Nations), z jej ostatniego raportu o stanie światowego rybactwa, w latach 1990 – 2018 hodowlana produkcja ryb i owoców morza zwiększyła się o 527 proc., a ilość łowionych dzikich ryb tylko o 14 proc. i to głównie za sprawą połowów śródlądowych (w morzach i oceanach połowy w tym okresie utrzymywały się na tym samym poziomie).

Efekt jest taki, że w skali świata udział dostaw pochodzących z hodowli w ogólnej podaży ryb to obecnie już 46 proc. (a w odniesieniu do ryb przeznaczonych do spożycia przez ludzi – aż 52 proc.), choć jeszcze w 2000 r. wynosił on jedynie 25,7 proc.

Jest dziś tak duży i do tego cały czas rośnie głównie za sprawą Azji, a zwłaszcza Chin, które są największym dostawcą i eksporterem ryb na świecie. Na Państwo Środka przypada aż 35 proc. globalnej podaży ryb, na pozostałe kraje azjatyckie 34 proc., podczas gdy na Europę 10 proc., a na Afrykę – 7 proc.

Chińczycy nie zawdzięczają tego rozwiniętej branży połowowej, ale właśnie hodowli ryb na gigantyczną skalę (kraje, w których hoduje się najwięcej ryb to oprócz Chin Bangladesz, Chile, Egipt, Indonezja, Norwegia i Wietnam). Gdyby z globalnej podaży ryb odjąć te dostarczane przez chińskich dostawców, to udział w niej ryb hodowlanych byłby o 1/3 mniejszy, wynosząc 29,7 proc.

Wzrost spożycia dzięki hodowli

W Państwie Środka udział ryb hodowlanych w ogólnej „produkcji” ryb to aż 76,5 proc. Dla porównania w Europie to jedynie 10 proc. W pierwszej dziesiątce największych dostawców ryb na świecie ów udział przedstawia się, nie licząc wymienionych już Chin, następująco: Indie – 57 proc., Wietnam – 55,3 proc., Bangladesz – 56,2 proc., Peru – tylko 1,4 proc., Rosja – 3,8 proc., USA – 9 proc., Japonia – 17 proc., Norwegia – 35,2 proc. i Chile – 37,4 proc.

"Największymi eksporterami ryb są Chiny, Norwegia, Wietnam, Indie, Chile i Tajlandia."

Trzeba przy tym jednak dodać, że największymi importerami ryb na świecie są Unia Europejska (34 proc. światowego importu), USA (14 proc.) i Japonia (9 proc.), a ich największymi eksporterami – obok Chin – Norwegia, Wietnam, Indie, Chile i Tajlandia, w której udział ryb hodowlanych to 34,3 proc. Czyli dominują wśród głównych rybnych eksporterów kraje z bardzo rozwiniętą hodowlą ryb, których silna pozycja w tym eksporcie jeszcze bardziej się wzmocni.

Tak przynajmniej wynika z prognoz FAO. Według nich spożycie ryb na świecie do 2030 r. będzie rosło wolniej niż dotychczas, ale jednak będzie nadal wzrastać. FAO przewiduje, że połowy dzikich ryb w tym okresie będą utrzymywać się na dotychczasowym poziomie. Wzrost spożycia będzie więc pokrywany dostawami z rybnych hodowli, których produkcja ma wzrosnąć w najbliższych 10 latach o 32 proc. (w porównaniu do 2018 r.).

Azja potentatem

W ślad za tym coraz większa część światowych dostaw ryb będzie przypadać na Azję. Hodowla ryb na świecie już dziś jest zdominowana przez ten kontynent. Tylko na Chiny przypada aż 57,9 proc. hodowanych na całym globie ryb (dane za 2018 r.).

Wprawdzie udział Chin stopniowo maleje – wraz z zaostrzaniem norm ekologicznych w tym kraju, ale Azja, z dużo mniejszymi rygorami ekologicznymi i sanitarnymi (także w przypadku hodowli ryb) niż Unia Europejska, i tak nadal będzie dominować. Bo według FAO to na Azję przypadnie w najbliższej dekadzie zdecydowana większość wzrostu podaży ryb. Po piętach zacznie jej deptać Afryka i Ameryka Łacińska, gdzie hodowlana produkcja ryb i owoców morza ma się zwiększyć do 2030 r. odpowiednio o 48 proc. i o 33 proc.

"Ryby i owoce morza nie będą mocno drożeć, ale za to będą gorszej jakości."

Niepokojące jest również to, że rosnący udział dostaw z hodowli dotyczy nie tylko ryb, ale także owoców morza, np. krewetek, których hodowla osiąga już na świecie skalę milionów ton rocznie. To oznacza, że wprawdzie ryby i owoce morza nie będą mocno drożeć, ale za to będą gorszej jakości.

Zbyt dużo połowów

Jak do tego doszło? W dość prosty sposób. Do lat 80. XX w. rybacy łowili tyle ryb, ile chcieli. Jednak w części łowisk – w ślad za rosnącym popytem na rybie mięso – zaczęto łowić ich zbyt dużo, rabunkowo. Nawet w Europie, na Morzu Śródziemnym, np. w Grecji, dochodziło do tego, że rybacy wysadzali w wodzie dynamit, by w ten sposób ogłuszyć ryby i ułatwić sobie połów.

Innymi słowy w niektórych miejscach ryb łowiono tak dużo, że ławice nie były w stanie w pełni się odtwarzać i z tego powodu ryb zaczęło najpierw tam ubywać, a potem brakować. I to dlatego np. nad Morzem Śródziemnym ryby przestały być tanie.

Pod koniec lat 80. XX w. pojawił się postulat, by rybołówstwo uregulować, poddać kontroli i ograniczeniom ilość łowionych ryb. W takim stopniu, żeby w łowiskach ich nie ubywało.

W tym celu w 1995 r. państwa członkowskie FAO przyjęły dokument o nazwie Kodeks Postępowania na rzecz Odpowiedzialnego Rybołówstwa. Ów kodeks zawierał zasady i standardy wykorzystywania zasobów ryb i owoców morza – tak, aby te zasoby mogły się odnawiać, aby rybołówstwo uczynić sektorem zrównoważonym i proekologicznym.

Od tego czasu światowe rybołówstwo zaczęło się cywilizować i „ekologizować”, w wielu krajach i regionach wprowadzano limity połowów poszczególnych gatunków ryb. Po to, żeby ich populacje nie kurczyły się. W UE takie regulacje przyjmowano na poziomie unijnym i oznaczały one m.in. ograniczenie połowów dorsza na Morzu Bałtyckim. Bo dorszy w Bałtyku było coraz mniej, więc ograniczenia w ich połowach – mimo protestów rybaków – były koniecznością.

Uratuje nas Pacyfik?

Niestety, tylko część krajów przyjęła takie regulacje i limity połowowe, a na dodatek w niektórych z tych państw owe przepisy były nieskuteczne. W rezultacie liczba „przełowionych” akwenów w ostatnich trzech dekadach nadal rosła, przybywało łowisk z malejącą ilością ryb.

Według danych FAO w 1990 r. odsetek łowisk na „zrównoważonym biologicznie poziomie” – czyli tych nie „przełowionych” – wynosił 90 proc., a w 2017 r. już 65,8 proc. Z drugiej strony aż 78,7 proc. złowionych ryb pochodzi z łowisk, gdzie można mówić o rybołówstwie zrównoważonym. Jednak batalia o to, by dzikich ryb nie ubywało, wciąż nie zakończyła się.

Najciekawsze jest to, że najbardziej „przełowione” na świecie akweny to dwa europejskie morza: Śródziemne i Czarne, gdzie liczba „przełowionych łowisk” sięga 62,6 proc., a także południowowschodni Pacyfik (54,5 proc.) i południowozachodni Atlantyk (53,3 proc.). Czyli te akweny, po których byśmy tego się nie spodziewali, może za wyjątkiem wyżej wspomnianej części Atlantyku.

Można by więc powiedzieć, że Europa „przełowiła” dwa ze swych mórz, przez co teraz jest skazana na import ryb z Azji czy Afryki, i to głównie tych hodowlanych.

"Na łowiska śródlądowe przypada tylko 12,5 proc. wszystkich połowów."

Co nas dalej czeka? Kluczowe jest, co będzie dziać się z naturalnymi łowiskami, głównie tymi w morzach i oceanach (na śródlądowe przypada tylko 12,5 proc. połowów ogółem). Jest wśród nich wiele takich, które nie są zagrożone.

Na większości Pacyfiku udział przełowionych łowisk nie przekracza 22 proc. Na pozostałych morzach i oceanach waha się między 21 a 44 proc. Nie wygląda to więc źle. I nie powinno się pogorszyć, biorąc pod uwagę, że według prognoz FAO połowy w naturalnych łowiskach w najbliższej dekadzie nie będą się zwiększać. Będziemy to zawdzięczać m.in. decyzji chińskiego rządu o zmniejszeniu przez Chiny połowów ryb.

Ucywilizować hodowle

Są też inne oznaki poprawy. W ostatnich kilku dekadach najczęściej łowionymi gatunkami ryb na świecie były: sardela peruwiańska, mintaj, śledź atlantycki, dorsz atlantycki, makrela pacyficzna, makrela chilijska, sardynka japońska, tuńczyk pasiasty, sardynka południowoamerykańska i gromadnik (zwany „sardelą Północy”).

69 proc. ich łowisk wciąż nie jest „przełowionych”. Zaś wśród siedmiu głównych gatunków tuńczyka, uchodzącego za szlachetną rybę, udział zrównoważonych łowisk nawet rośnie. W latach 2015 – 2017 zwiększył się od 57 proc. do 67 proc.

Kolejnym paradoksem jest jednak to, że zawdzięczamy taki obrót rzeczy następującej zależności: rosnący popyt na ryby zaspokaja głównie rosnąca ich hodowla, dzięki czemu jest możliwe ograniczanie problemu „przełowionych” akwenów.

Na szczęście, ta hodowla też może się „ekologizować”, podnosić swe standardy, odchodzić od najgorszych praktyk, czego przykładem są m.in. Chiny. To jednak nie jest możliwe bez wymuszania takich zmian przez rządy. Trzeba mieć więc nadzieję, że coraz więcej państw będzie na nie się decydować.

Nam zaś pozostaje tylko jedno: nie sugerować się przy zakupie ryb wyłącznie ceną. Bo kupując te najtańsze, ryzykujemy, że kupimy ryby pochodzące z hodowli, których widok by nas przeraził.

Jacek Krzemiński

Źródło nieznane