Teraz, gdy Niemcom udało się uniknąć recesji, decyzje polityczne ws. stworzenia bodźców fiskalnych zostały odłożone na przyszłość. Mimo to niemieccy pracodawcy i związki zawodowe znad Renu wciąż domagają się uruchomienia programu inwestycji w infrastrukturę o wartości co najmniej 450 mld euro w ciągu 10 lat. Nie po to, aby dać bezpośredni bodziec do wzrostu gospodarczego, ale po to, by utrzymać konkurencyjność Niemiec.

Kwota 450 mld euro pochodzi z nowego raportu opracowanego przez Niemiecki Instytut Ekonomiczny w Kolonii, który jest blisko związany z grupami lobbystycznymi dwóch dużych niemieckich pracodawców oraz przez Instytut Polityki Makroekonomicznej, będący częścią powiązanej ze związkami zawodowymi fundacji. Przy okazji prezentacji raportu w ubiegły poniedziałek Dieter Kempf, szef Federacji Niemieckich Przemysłów, głównego lobby przemysłowego nad Renem, stwierdził, że Niemcy zasnęły w odrętwieniu samozadowolenia. Czas się obudzić.

Światowe Forum Ekonomiczne (WEF) klasyfikuje Niemcy jako siódmą najbardziej konkurencyjną gospodarkę świata w 2019 roku. Rok wcześniej Niemcy zajmowały trzecie miejsce. Według Forum, największą słabością nadreńskiej gospodarki jest adaptacja technologii informacyjnych i komunikacyjnych. Pod tym względem niemiecka gospodarka zajmuje dalekie 36. miejsce na świecie. Tylko jeden Niemiec na stu posiada abonament na Internet światłowodowy, w Korei Południowej wskaźnik ten wynosi 1:32.

W ubiegły poniedziałek państwowa telewizja, która miała transmitować specjalną sesję rządu na temat poprawy gęstości sieci komórkowej, musiała przerwać nadawanie z powodu… złego połączenia internetowego.

Jednak, co może być zaskakujące dla postronnego obserwatora, autorzy raportu sugerują jedynie, że rząd wyda ok. 20 mld euro w ciągu następnej dekady na poprawę infrastruktury telekomunikacyjnej, głównie po to, aby wypełnić „telekomunikacyjne dziury” w miejscach, gdzie prywatni dostawcy nie dają rady tego zrobić. Reszta pieniędzy jest potrzebna gdzie indziej.

Reklama

Światowe Forum Ekonomiczne zalicza fizyczną infrastrukturę do niemieckich atutów, ale sami Niemcy uwielbiają na nią narzekać, mówiąc na przykład, że średni wiek mostów kolejowych w ich kraju wynosi 60 lat, zaś niektóre z 10 tys. takich obiektów wybudowano jeszcze przed I wojną światową. Mimo tego to nie drogi i transport publiczny wymagają największych inwestycji. Oba wspomniane instytuty szacują, że na obszary te w ciągu najbliższych 10 lat powinno się wydać ok. 100 mld euro.
Tymczasem największe potrzeby inwestycyjne, według autorów raportu, są związane z niemieckimi samorządami. W wyniku konsolidacji budżetów przez rząd federalny oraz poszczególne landy pod rządami Angeli Merkel, która wprowadziła hamulce zadłużenia i budżety wolne od długów, niewystarczająca ilość pieniędzy spłynęła na poziom lokalny. Pomimo, że rząd federalny zauważył ten problem i wziął na siebie pełne finansowanie niektórych programów społecznych, takich jak emerytury dla starszych osób czy ubezpieczenie od bezrobocia, to aktualne obciążania społeczne samorządów rosły, zmuszając je to odkładania inwestycji w szkoły, utrzymanie dróg czy systemy wodociągowe. Samorządy, a szczególnie miasta przemysłowe, które straciły na globalizacji, wytworzyły w ten sposób dziurę inwestycyjną wielkości ok. 138,4 mld euro, jak wynika z ankiety, do której odwołują się autorzy raportu.

Nawet jeśli potrzebne pieniądze znalazłyby się w budżetach miast i dzielnic, wiele samorządów nie dysponuje odpowiednimi zespołami i wiedzą, aby właściwie zaplanować projekty inwestycyjne, zaś firmy, które mogłyby przejąć część zleceń, obawiałyby się, że zamówienia rządowe zostałyby znów cofnięte. Duży program federalny, mający na celu zasypanie inwestycyjnej dziury, byłby rozwiązaniem tego problemu.

Oczywiście Niemcy nie są w ruinie. Nie można tak powiedzieć pomimo, że wyboiste drogi nie należą do rzadkości, pociągi nie zawsze przyjeżdżają na czas, a zasięg sieci komórkowej poza miastami jest dziurawy. Mimo to kraj nie wydaje się wystarczająco przygotowany na wyzwania przyszłości, nawet po 1,5 dekady całkiem udanych rządów Angeli Merkel. Światowe Forum Ekonomiczne wskazuje na niezachwianą stabilność finansową Niemiec (kraj uzyskał pod tym względem 100 na 100 możliwych punktów) jako jedną z największych zalet nadreńskiej gospodarki, ale stabilność tę osiągnięto, po cześci, przenosząc problemy na poziom lokalny.

Autorzy raportu twierdzą, że nie jest niemożliwe wdrożenie programu inwestycyjnego nawet w warunkach hamulców długu, które zostały wpisane do konstytucji w 2009 roku. Rząd, jak sugerują autorzy raportu, mógłby powołać do tego celu specjalną fundację. Tak długo, jak taki podmiot zajmowałby się nie tyle realizacją potrzeb budżetowych, ale realizacją nowych projektów, pożyczanie pieniędzy w ramach tej struktury nie naruszałoby konstytucyjnych ograniczeń. Oczywiście w świetle reguł fiskalnych Unii Europejskiej takie pożyczanie zostałoby zaklasyfikowane jako rządowe zadłużenie. Ale wciąż Niemcy prawdopodobnie nie dokonałyby poważnego naruszenia tych zasad. Dzięki negatywnym stopom procentowym, stosunek zadłużenia do PKB prawdopodobnie spadnie wkrótce do poziomu poniżej 60 proc., co pozwoliłoby Niemcom na posiadanie większego deficytu strukturalnego niż obecnie.

Program inwestycyjny zaproponowany przez pracodawców i związki zawodowe kosztowałby Niemcy około 1,3 proc. PKB rocznie przy obecnych wynikach gospodarczych kraju. Nie jest to cena niemożliwa do zapłacenia, szczególnie przy wyjątkowo korzystnych stopach procentowych. Jeśli Angela Merkel chce, aby jej partia CDU wygrała wybory w 2021 roku, i jeśli minister finansów Olaf Scholz chce, aby jego partia SPD miała szansę stoczyć walkę o dobry wynik, oboje powinni potraktować propozycje programu inwestycyjnego poważnie. Wyborcy bowiem mogą zechcieć obudzić się z obecnego snu.

>>> Czytaj też: Mur nierówności dzieli Niemcy. Systemowe spajanie dwóch połówek kraju wciąż trwa