Nie może dojść do powtórki z 2015 roku. To powtarzają politycy z całej Unii Europejskiej, obserwując coraz poważniejszą katastrofę humanitarną w Afganistanie, która – jak można się spodziewać – wcześniej czy później spowoduje ponowną masową migrację.

Wśród tych europejskich polityków są kandydaci na kanclerza w Niemczech, zaniepokojeni przed wyborami krajowymi 26 września; liderzy tacy jak kanclerz Austrii Sebastian Kurz, który już wykluczył przyjęcie jakichkolwiek uchodźców z Afganistanu; czy prezydent Francji Emmanuel Macron żądający „zdecydowanej odpowiedzi” na każdy nowy napływ migrantów.

Reklama

Wśród nich są również przywódcy Litwy i Polski, którzy właśnie budują fizyczne płoty na granicach z Białorusią, by odgrodzić się od uchodźców. Alaksandr Łukaszenka, białoruski dyktator, który sfałszował zeszłoroczne wybory i od tego czasu represjonuje swoich rodaków, został ukarany sankcjami UE. W odwecie – jeśli można tak to nazwać – sprowadza z Iraku migrantów, w tym Afgańczyków, a następnie pędzi ich jak bydło w kierunku granic UE.

Uchodźcy niczym polityczne pionki

Wykorzystywanie przez Łukaszenkę istot ludzkich jako pionków w politycznej grze jest szczytem cynizmu, ale bynajmniej nie jest czymś wyjątkowym. Turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan, pomimo zawarcia w 2016 r. umowy z UE, która zobowiązuje go do uniemożliwienia uchodźcom przedostania się do Grecji, gdy tylko popadnie w spór z Brukselą, Berlinem, Paryżem lub Atenami, grozi, że będzie przerzucał migrantów do UE.

Łukaszenka i Erdogan wiedzą, że migracja to dynamit humanitarny i geopolityczny. To broń przeciwko UE, której detonacja może być bardziej destrukcyjna niż jakakolwiek prawdziwa bomba. Autokraci wiedzą, że mogą zdemaskować UE (która nie rozumie twardej władzy, ale twierdzi, że troszczy się o ludzi) jako słabą, obłudną lub jedno i drugie.

Takie jest dziedzictwo roku 2015, kiedy to około miliona mężczyzn, kobiet i dzieci (głównie Syryjczyków, ale także m.in. Afgańczyków) uciekło do Europy w ciągu jednego roku. Ci zdesperowani ludzie przypłynęli pontonami przez Morze Egejskie, przeszli pieszo przez Bałkany lub wsiedli do ciężarówek, które często stawały się śmiertelnymi pułapkami. Uchodźcy niemal przytłoczyli Grecję, która już wtedy była pogrążona w kryzysie euro. Sprawili, że rząd Węgier stał się otwarcie, a nie ukradkiem, ksenofobiczny i antyunijny. Wszystko to podsyciło populizm w całej Europie; podzieliło również partnerów, takich jak Niemcy i Austria, a następnie całą UE, na niemożliwe do pogodzenia obozy w kwestii tego, jak radzić sobie z migracją.

Jedną rzeczą, której rok 2015 mimo wszystko nie zrobił, to zmotywowanie Unii do zreformowania systemu migracyjnego. Jest on nadal w dużej mierze oparty na dysfunkcyjnym „systemie dublińskim”, w którym uchodźcy mogą – przynajmniej oficjalnie – ubiegać się o azyl tylko w pierwszym kraju UE, do którego fizycznie wjeżdżają.

Płot na polskiej granicy - nowa żelazna kurtyna?

Pozostawia to kraje na peryferiach UE (Hiszpanię, Włochy, Maltę i Grecję, jak widzieliśmy w przeszłości, a potencjalnie także Łotwę, Litwę i Polskę) samym sobie. Ich przywódcy stoją przed trudną decyzją pomiędzy przyjęciem migrantów, a tym samym potencjalnym zachęceniem jeszcze większej ich liczby do przybycia, lub gwałtownym ich odepchnięciem, jak to robiła Grecja na Morzu Egejskim.

Rozwiązanie mogłoby wyglądać następująco: Unia Europejska wspólnie pilnuje swoich granic zewnętrznych, wspólnie rozpatruje wnioski o azyl, wspólnie deportuje tych, których wnioski zostały odrzucone, a następnie rozdziela i na stałe przesiedla tych, którym się udało, pomiędzy 27 państw członkowskich, proporcjonalnie do ich populacji i gospodarek. Ale Węgry i Polska, między innymi, wzbraniają się przed przyjęciem jakichkolwiek imigrantów. I najwidoczniej nic się nie zmieni.

Skutkiem są powtarzające się ludzkie tragedie. Czasami przepełniony obóz dla uchodźców na greckiej wyspie płonie. Innym razem migranci zostają uwięzieni na łodziach, które nie mogą znaleźć portu. A teraz są nawet uwięzieni między wrogimi żołnierzami na granicy między UE a Białorusią. W sensie moralnym, symbolicznym, a nawet dosłownym, wznoszące się tam ogrodzenia mogą stać się nową żelazną kurtyną.

UE upadnie jak Cesarstwo Rzymskie?

Nieumiejętność kontrolowania migracji doprowadziła już wcześniej do upadku imperiów. Jedynie w sztuce i literaturze Rzym został nagle splądrowany przez barbarzyńców, którzy pojawili się znikąd. W rzeczywistości, zmiany klimatyczne i zamieszki w Azji Środkowej (brzmi znajomo?) spowodowały fale masowej migracji Wandalów, Wizygotów, Ostrogotów, Alanów i innych. Byli to ludzie, którzy chcieli pokojowo osiedlić się wewnątrz Imperium. Nie potrafiąc ani ich zatrzymać, ani zintegrować, Cesarstwo Zachodniorzymskie jako całość stopniowo zanikało i w końcu upadło.

UE nie musi skończyć w ten sam sposób. Ale może. To, co wtedy spustoszyli Hunowie, dziś robią Talibowie i inni, zmuszając całe populacje do ucieczki w obawie o swoje życie. Tak jak wtedy zmieniała się pogoda, tak dziś nasz klimat staje się jeszcze bardziej bezlitosny i brutalny. Głód i wojny będą nadal popychać Afrykańczyków i mieszkańców Bliskiego Wschodu w kierunku Unii Europejskiej – tego rzadkiego euroazjatyckiego zlepku, który cieszy się względnym dobrobytem i pokojem.

W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, UE nie jest w stanie lub nie chce użyć twardej siły w razie zagrożenia, a zatem jest skazana albo na podążanie za amerykańskim przykładem (z lepszym lub gorszym skutkiem, jak w Afganistanie), albo na próby przekupienia rządów w Afryce i na Bliskim Wschodzie w nadziei, że zatrzymają one swoich obywateli w domach. Żadne z tych rozwiązań nie jest ani pocieszające, ani budujące w dłuższej perspektywie.

Europa może jeszcze zapobiec temu, by rok 2021 stał się kolejnym rokiem 2015. Ale migracja jest zjawiskiem, które będzie się wiecznie powtarzać. UE, podobnie jak starożytny Rzym, nie może zrobić wiele, by ją kontrolować, a mimo to musi zdawać jej testy, raz za razem. Testy, które Europa może w końcu oblać.