Przez większość czasu od momentu zjednoczenia Niemiec w 1990 roku perspektywa powrotu do władzy spadkobierców komunistycznej dyktatury NRD w charakterze partnera koalicyjnego była nie do pomyślenia. Tymczasem po dużych przetasowaniach sondażowych, które miały miejsce w lecie tego roku, raptem okazało się, że waśnie taka radykalna koalicja „czerwono-zielono-czerwona”, składająca się tylko z lewicowych partii, staje się drugą najbardziej prawdopodobną opcją koalicyjną po zaplanowanych na 26 września wyborach parlamentarnych w Niemczech. Oczywiście o najbardziej prawdopodobnej opcji koalicyjnej, która może zaistnieć po wyborach, powiem pod koniec tego tekstu, ale najpierw chcę, abyście Państwo zrozumieli, dlaczego realizacja scenariusza koalicji rządowej składającej się z trzech partii lewicowych nigdy nie powinna dojść do skutku.

Kto tworzyłby „czerwono-zielono-czerwoną” koalicję

Reklama

Przyjrzyjmy się partiom, które mogłyby tworzyć taką lewicową „czerwono-zielono-czerwoną” koalicję. Pierwszy kolor czerwony odnosi się do SPD, czyli socjaldemokratów. To najstarsze w Niemczech ugrupowanie polityczne, które zostało założone 158 lat temu, jeszcze do niedawna – tak jak inne partie socjaldemokratyczne w Europie, było wyczerpane i pogrążone w kryzysie. Do czasu. SPD bowiem w pewnym momencie zdecydowało, że partyjnym kandydatem, który zawalczy o fotel kanclerski po Angeli Merkel, będzie Olaf Scholz, niemiecki minister finansów z SPD. I choć Scholz jest kandydatem suchym i mało inspirującym, to unikał błędów – w przeciwieństwie do swoich konkurentów z innych ugrupowań. W efekcie w czasie lata Niemcy uznali, że Olaf Scholz to najmniej zła opcja.

Z kolei kolor zielony w tej potencjalnej koalicji reprezentuje partię Zielonych, która została założona w 1980 roku, wyłaniając się z ruchów antyatomowych oraz kontrkulturowych lat 70. XX wieku. Dziś jednak oblicze tej partii jest nieco inne niż na początku – hipisowskie pokolenie założycieli Zielonych ustąpiło miejsca modnym kosmopolitom takim jak Annalena Baerbock, która jest kandydatką tego ugrupowania na kanclerz Niemiec. Kandydatce tej brakuje jednak doświadczenia w rządzie, zaś początek jej kampanii nie należał do udanych.

Wreszcie drugi kolor czerwony w ramach „czerwono-zielono-czerwonych” odnosi się do Lewicy (Die Linke), wywodzącej się w dużej mierze z komunistycznego reżimu, który kiedyś rządził w NRD. Dzisiejsza Lewica pozostaje ugrupowaniem antykapitalistycznym, antyamerykańskim, antynatowskim oraz prorosyjskim. Wespół ze skrajnie prawicową i populistyczną Alternatywą dla Niemiec (AfD), Lewica tworzy skrzydło troglodytów w niemieckiej polityce.

Pomiędzy tymi trzeba ugrupowaniami istnieją ważne różnice, ale też widać pewne obszary nakładania się postulatów – chodzi tu przede wszystkim o ogólny etatyzm i paternalizm, połączony z pogardą dla indywidualizmu i wolności. Mówiąc to, należy jednak przyznać, że nie wszystkie lewicowe postulaty są błędne – niektóre przebijają nawet współczesne propozycje konserwatywne i liberalne. Zróbmy mały ich przegląd.

Gdzie ugrupowania lewicowe mają rację

Wszystkie trzy lewicowe partie mają bardzo sensowny postulat złagodzenia lub nawet usunięcia niemieckiego „hamulca zadłużenia”. Chodzi o konstytucyjną poprawkę z 2009 roku, która sprawia, że rządowe pożyczki w normalnych czasach są prawie nielegalne, co w efekcie blokuje publiczne inwestycje. Ze względu na pandemię ta poprawka została zawieszona, ale konserwatyści chcą ją przywrócić tak szybko, jak to możliwe. W czasach, gdy rząd może pożyczać przy bardzo niskich lub wręcz ujemnych stopach procentowych i musi przy tym ożywić gospodarkę, ugrupowania lewicowe mają tu lepsze argumenty niż prawica.

W przypadku innych propozycji partie lewicowe co najmniej się nie mylą. Jednym z ich postulatów jest wynagrodzenie minimalne. Niemcy wprowadziły to rozwiązanie dopiero w 2015 roku – i to pomimo ostrzeżeń konserwatystów, że doprowadzi to do masowego bezrobocia. Tak się nie stało. Wynagrodzenie minimalne w Niemczech wynosi obecnie 9,60 euro za godzinę, a SPD i Zieloni chcą podnieść tę stawkę do poziomu 12 euro, zaś Lewica – do 13 euro. Przy pewnym poziomie pracodawcy być może faktycznie zaczną zwalniać pracowników, ale koalicja „czerwono-zielono-czerwona” miałaby tu jeszcze dużą przestrzeń do działania.

Mógłbym sformułować jeszcze kilka miłych słów o innych lewicowych postulatach, takich jak na przykład odległy cel połączenia prywatnych i publicznych systemów opieki zdrowia w Niemczech. Ale oprócz tego istnieją większe problemy. Chodzi tu ogólny światopogląd i filozofię rządzenia ze strony ugrupowań lewicowych, które mogłyby wyrządzić niepowetowane szkody Niemcom, Europie oraz światu.

Gdzie partie lewicowe głęboko się mylą

Jeśli H.L. Mencken zdefiniował purytanizm jako „nawracający lęk, że ktoś gdzieś może być szczęśliwy”, to niemieckie ugrupowania lewicowe na podobnej zasadzie boją się, że ktoś gdzieś może mieć pieniądze. Można to było usłyszeć w kampanii wyborczej szczególnie ze strony polityków Lewicy, ale także przedstawicieli SPD i Zielonych. Tak jakby największym wyzwaniem naszych czasów nie była zmiana klimatu, rewolucja technologiczna, Chiny czy Rosja, ale istnienie prosperity i pieniędzy – nieważne, jak uzyskanych.

Postawa taka w sposób najbardziej widoczny objawia się na przykładzie polityki podatkowej. W wersji umiarkowanej, ucieleśnianej przez Olafa Scholza, propozycja lewicowych reform podatkowych brzmi rozsądnie. Scholz bowiem chciałby zmniejszenia obciążeń podatkowych dla tych na dole drabiny dochodowej, uproszczenia podatków dla tych po środku drabiny oraz nieznacznego zwiększenia stawek dla najbogatszych. Wszystko to popieram.

Ale już osoby spoza lewicowego obozu umiarkowanego chcą czegoś zupełnie innego. Chodzi o takich polityków, jak Saskia Esken czy Norbert Walter-Borjans, liderów SPD. Otóż chcą oni wprowadzenia podatku majątkowego, który w 1990 roku został w Niemczech zawieszony decyzją sądu najwyższego, ponieważ uznano, że rozwiązanie to jest niezgodne z konstytucją.

Nawet jeśli niewielka część obywateli Niemiec podlegałaby temu podatkowi, to duże rzesze osób musiałyby poświęcić bardzo dużo czasu na biurokrację wymaganą przy próbie oceny swoich aktywów. Ponieważ ogromna część niemieckiego bogactwa przybiera formę kapitału w ramach przedsiębiorstw rodzinnych, niektórzy właściciele musieliby nawet wyprzedać elementy swoich firm, aby zapłacić ten podatek. W efekcie oznaczałoby to deinwestycje i utratę miejsc pracy. Gdyby jednak rząd zdecydował się zwolnić od tego podatku niektóre formy bogactwa, to napotkałby na podobne problemy konstytucyjne, na jakie wskazano w latach 90. XX wieku.

Generalnie podatek majątkowy prawdopodobnie oznaczałby niewielki wzrost kosztów administracyjnych, ale wysyłałby też fatalny w skutkach sygnał do inwestorów w kraju i za granicą. Dlaczego bowiem ktoś taki, jak Elon Musk, który już teraz doświadcza frustracji z powodu niemieckiej biurokracji, miałby zdecydować się na budowę kolejnej fabryki Tesli w Niemczech, gdzie utalentowani ludzie z całego świata, których potrzebuje, musieliby zmagać się z uciążliwymi wymogami biurokratycznymi i zeznaniami podatkowymi?

Rozważmy też takich przedsiębiorców, jak Ugur Sahin oraz Ozlem Tureci. To Niemcy, których rodzice przybyli nad Ren z Turcji. Założyli oni BioNTech SE – firmę, która jest pionierem technologii mRNA i oraz liderem jeśli chodzi o szczepionki przeciw Covid-19, a w przyszłości być może uda jej się stworzyć remedium na raka. W ciągu ubiegłego roku firma uratowała dzięki swoim produktom miliony żyć i stanowi być może zalążek renesansu innowacji w Niemczech. Przedsiębiorcy ci są wzorem mobilności społecznej w górę – to bohaterowie.

Nagły i niespodziewany sukces sprawił też, że stali się niezwykle bogaci, ale tylko na papierze. Przy czym nie zawsze byli bogaci. Przez cale dekady cierpliwie pracowali w swoich laboratoriach, próbując powiększyć kapitał niezbędny do dokonywania naukowych przełomów. W pewnym momencie w czasie jednego z niemieckich talk-show prowadzący zapytał Janine Wissler, liderkę partii Lewica, dlaczego chce za pomocą podatku odebrać bogactwo Ugur Sahin i Ozlem Tureci. Wissler nie wiedziała, jak odpowiedzieć na to pytanie. Ten prawdziwy przykład z życia nie pasował do jej marksistowskiego światopoglądu, gdzie bogaci są wykorzystującymi wszystkich grubymi kotami. W efekcie Janine Wissler w panice wycofała się i zmieniła temat rozmowy.

SPD i Zieloni są mniej ekstremalni w swoich poglądach, ale wszystkie partie lewicowe w Niemczech nie potrafią docenić przedsiębiorczego podejmowania ryzyka oraz odwagi, a także nie rozumieją, w jaki sposób kapitał wysokiego ryzyka, innowacje i efekty są ze sobą powiązane. Tego rodzaju postawy dobrze pokazują, dlaczego Niemcy są w tyle jeśli chodzi o cyfrowe innowacje na tle krajów G7 oraz zajmują niskie pozycje pod tym względem w Europie.

Dzieje się tak we wszystkich obszarach polityki gospodarczej. W wielu niemieckich metropoliach czynsze poszły mocno w górę, ponieważ coraz więcej osób chce mieszkać w dużych miastach. Niestety biurokracja – często stworzona przez partie lewicowe – spowolniła tempo budowy nowych mieszkań. W efekcie „czerowno-zielono-czerwona” koalicja rządząca w Berlinie rozpoczęła populistyczną kampanię zatrzymywania wzrostów czynszów i obniżania stawek dla większości mieszkań w stolicy Niemiec. Trybunał konstytucyjny cofnął to prawo, ale wszystkie trzy partie lewicowe chcą teraz wprowadzić kontrolę poziomu czynszów w całym kraju.

Obowiązuje tu ten sam wzór: partie lewicowe nie widzą tego, że wzrost stawek czynszów jest efektem nierównowagi na rynku pomiędzy popytem a podażą i że powinno się w tej sytuacji pozwolić na zwiększenie podaży. Zamiast tego partie lewicowe ukuły schemat walki klasowej pomiędzy wyzyskiwanymi najemcami a drapieżnymi właścicielami, których trzeba ukarać. Parafrazując znanego ekonomistę, kontrola stawek czynszu może okazać się najskuteczniejszą techniką niszczenia kraju – oprócz bombardowań.

Lewicowa pogarda dla gospodarki rynkowej może również negatywnie wpłynąć na ich politykę względem jednego z największych wyzwań – zmian klimatu. Wszystkie partie polityczne w Niemczech dostrzegają do zagrożenie i chcą dekarbonizacji gospodarki. Ale konserwatyści i liberałowie chcą w tym procesie oprzeć się głównie o mechanizmy rynkowe, a mianowicie o szybkie i gwałtowne podwyżki cen węgla, co wysłałoby wyraźny sygnał aktorom rynkowym do zmiany zachowania, wprowadzenia innowacji i zmniejszenia emisji.

Dla odmiany wiele osób na lewicy podkreśla znaczenie bezpośrednich zakazów jeśli chodzi o pewne aktywności i technologie. Na przykład w odniesieniu do lotów krótkodystansowych czy silników spalinowych oraz rządowych subsydiów dla alternatywnych technologii. W efekcie partie lewicowe oferują centralne planowanie, które wprowadza się tylnymi drzwiami. Najwyraźniej tęsknią za nową biurokracją. Jednym z pomysłów w kampanii liderki Zielonych Annaleny Baerbock było stworzenie superministerstwa z władzą stawiania weta w kwestiach środowiskowych względem wszystkich innych ministerstw.

Polityka zagraniczna i bezpieczeństwa

Lewicowa ideologia może także wpłynąć na politykę zagraniczną i bezpieczeństwa Niemiec, co może być największym zmartwieniem dla sojuszników Niemiec. Otóż od czasów Konrada Adenauera, pierwszego powojennego kanclerza Niemiec, niemieccy konserwatyści wyznawali ideę „Westbindung”, czyli zakorzenienia Niemiec w geopolitycznym Zachodzie, któremu przewodziły Stany Zjednoczone za pomocą NATO oraz innych instytucji. Tymczasem partie lewicowe mają swoje korzenie w niemieckim antyamerykanizmie i antymilitaryzmie.

Najbardziej ekstremalne postulaty pod tym względem ma Lewica, która chce rozwiązania NATO i zastąpienia Sojuszu nowym „systemem bezpieczeństwa”, który – uwaga – będzie obejmował także Rosję. Lewica sprzeciwia się wszystkich niemieckim misjom wojskowym poza granicami kraju, bez względu na przyczynę. Lewica chce także mniejszego finansowania niemieckiej armii, które już teraz jest niskie. W efekcie oznaczałoby to demilitaryzację kraju.

Oczywiście istnieją duże różnice pod tym względem pomiędzy Lewicą a innymi partiami lewicowymi. Zieloni odnaleźli ostatnio swój moralny i geopolityczny kompas i oddali hołd sojuszowi transatlantyckiemu, umieszczając przy tym Rosję i Chiny w kręgu strategicznych zagrożeń. Niemniej, nawet Annalena Baerbock nie akceptuje jasno określonego celu NATO, który podzielają wszyscy sojusznicy, że państwa, w tym Niemcy, powinny wydawać co najmniej 2 proc. PKB na swoje armie.

Zatem „czerwono-zielono-czerwony” rząd w Niemczech mógłby doprowadzić do katastrofy – zarówno w obszarze gospodarki, jak i bezpieczeństwa oraz zachodnich sojuszy. Przez wiele lat europejscy i północnoamerykańscy partnerzy domagali się od Niemiec wzięcia większej odpowiedzialności w skali międzynarodowej oraz przyjęcia postawy lidera. Tymczasem kraj pod przywództwem rządu złożonego z trzech partii lewicowych mógłby stać się niewiarygodnym sojusznikiem.

Dlaczego więc ktokolwiek mógłby rozważać taką „czerwono-zielono-czerwoną” koalicję jako poważną opcję? Jestem pewien, że Olaf Scholz, najprawdopodobniej przyszły kanclerz, jej nie chce, ale nie może tego powiedzieć, zanim nie zakończą się chaotyczne negocjacje koalicyjne po wyborach. W przeciwieństwie do kandydatów na kanclerzy ze strony Zielonych oraz chadeków, Scholz nie jest przewodniczącym partii, zaś ludzie, którzy zajmują takie stanowiska w SPD, czyli Esken i Walter-Borjans, trzymają otwarte drzwi dla Lewicy.

Lepsza opcja koalicyjna dla Niemiec

Lepszą opcją dla kraju byłaby centrowa koalicja pomiędzy SPD, Zielonymi a probiznesowo i prorynkowo nastawionymi liberałami z FDP. Na politycznej palecie kolorów koalicja taka byłaby „czerwono-zielono-żółta”, przez co jest nazywana koalicją świateł drogowych. Ta metafora pasuje nie tylko dlatego, że kolory te oddają kolor świateł drogowych, ale także dlatego, że taki układ mógłby zapobiec katastrofalnym wypadkom.

SPD i Zieloni byliby na tyle silni w ramach takiej koalicji, że wciąż mogliby przeforsować wiele ze swoich lewicowych postulatów. Natomiast obecność w koalicji prokapitalistycznych i proatlantyckich Wolnych Demokratów zapobiegłaby wprowadzeniu lewicowych ekscesów, które opisałem powyżej.

Scholz, Baerbock oraz inni centrolewicowi liderzy powinni dostrzec, że zaskakujące zmiany w sondażach z lata tego roku nie mają nic wspólnego z chęcią Niemców, aby spróbować socjalizmu. Te sondażowe zmiany miały miejsce tylko dlatego, że konserwatyści, wyczerpani po 16 latach sprawowania władzy przez Angelę Merkel, wystawili kiepskiego kandydata na jej miejsce.

Niemcy nie chcą ucieczki na lewo, chcą za to oddać lejce władzy komuś bezpiecznemu, stabilnemu i najpewniej nudnemu – krótko mówiąc komuś podobnemu do Merkel. Wydaje się, że taki właśnie jest Olaf Scholz. Jeśli tak, to jego pierwszym testem na stanowisku lidera powinno być zapobieżenie sytuacji, w której polityczni troglodyci wchodzą do niemieckiego rządu.