Amerykański TikTok śledzi obywateli - bardzo kontrowersyjne zapisy licencyjne
Przede wszystkim warto zacząć od tego, że aktualnie amerykańska część TikToka została wykupiona od chińskiej firmy ByteDance. Umowa o utworzeniu spółki joint venture z większościowym udziałem USA miała na celu przede wszystkim zabezpieczenie interesów amerykańskich na tej platformie. Jakkolwiek wydaje się to irracjonalne, to przy tak dużych zasięgach i możliwościach, jakie ma do swojej dyspozycji TikTok ruch ten wydaje się całkowicie zasadny.
Samo doprowadzenie do momentu, w którym aplikacja ta została sprzedana, zostało poprzedzone długim procesem negocjacyjnym. Głównie zależało na tym Donaldowi Trumpowi, który za wszelką cenę chciał, aby amerykańska część aplikacji została pod amerykańskim zarządem.
Wśród inwestorów, którzy nabyli część TikToka jest m.in. koncern Oracle, który kierowany jest przez Larry'ego Ellisona. Ten zaś znany jest ze swoich powiązań z Donaldem Trumpem.
Kontrowersyjne warunki licencyjne TikToka wzburzyły Amerykanów
Na efekty "nowej miotły" użytkownicy aplikacji w USA nie musieli szczególnie długo czekać. W minionym tygodniu doczekali się oni aktualizacji polityki licencyjnej aplikacji. I pewnie wieści te przeszłyby bez większego echa, jednak znaleźli się tacy, którzy zdecydowali się zagłębić w nowe zasady.
Okazało się, że pod przykrywką tej aktualizacji nowi właściciele przemycili tam zgody na zbieranie i przetwarzanie szeregu bardzo... kontrowersyjnych danych o użytkownikach. Mowa bowiem o informacjach na temat: płci, rasy, religii, geolokacji, ale także np. o stanie zdrowia lub statusie imigracyjnym.
Dla wielu osób była to już zdecydowana przesada. W mediach społecznościowych zawrzało i wiele osób zaczęło zastanawiać się, jak to jest możliwe, że wykup, który miał doprowadzić do zachowania prywatności użytkowników, sprawił, że ostatecznie jest ona jeszcze bardziej naruszana. Sam ten fakt doprowadził do fali odisntalowań TikToka z telefonów amerykanów. Najgorsze jednak dopiero miało nadejść.
Cenzura po amerykańsku czy zwykły błąd? Krytyka ICE, Trumpa i rządu niedozwolona?
W miniony weekend cały świat żył praktycznie tylko jednym tematem - zabójstwem 37-letniego Alexa Prettiego i niepokojami, które z tego wyniknęły. Media przekazywały głównie te informacje, jednak w niemal jednocześnie niektóre osoby zaczęły informować o dziwnych zachowaniach TikToka.
Okazało się bowiem, że treści, które otwarcie krytykowały ICE, Donalda Trumpa oraz jego administrację były... cenzurowane w bardzo specyficzny sposób. Część z nich nie była w ogóle wrzucana na serwery, podczas gdy inne były całkowicie ignorowane lub ukrywane przez algorytm, doprowadzając do tego, że nikt ich nie widział.
Do tego doszły też informacje (potwierdzone zrzutami ekranu), które pokazywały, że najnowsza w tamtym czasie relacja oficjalnego konta partii Demokratycznej miała okrągłe 0 wyświetleń. Nie trzeba szczególnie znać meandrów social mediów, aby wiedzieć, że jest to wynik całkowicie nierealny dla takiego profilu. To był moment krytyczny dla wielu użytkowników, którzy na masową skalę zaczęli kasować TikToka ze swoich telefonów. Według niektórych danych liczba usunięć w zaledwie kilka dni wzrosła o 150% w stosunku do trzech ostatnich miesięcy.
Firma zareagowała na sytuację, wydając specjalne oświadczenie w tej sprawie. Według oficjalnej wersji wydarzeń powodem, dla którego działy się te wszystkie rzeczy, jest "awaria infrastruktury", która negatywnie wpłynęła na algorytmy aplikacji. Wytłumaczono też, że z tego powodu pojawił się błąd, który niektórym twórcom nie wyświetlał poprawnej liczby wyświetleń, zastępując ją po prostu zerem.
Amerykanie obawiają się cenzury
Niektórym jednak te wyjaśnienia nie wystarczały. W social mediach (a zwłaszcza na Twitterze oraz Reddicie) wielu amerykanów wprost mówi, że ostatnia awaria nie była przypadkiem. Wprost wskazują, że pokrywa się ona z przejęciem aplikacji przez amerykańskich inwestorów powiązanych z Donaldem Trumpem.
Dokładne sprawdzenie tego ujawniło, że firmą, która w ramach transakcji uzyskała licencję na algorytm, jest Orcale, a więc też wspomniany Ellison. Niektórzy "łącząc kropki" wskazują, że to właśnie on stoi za tą sytuacją, a jego celem była ochrona interesów Donalda Trumpa, a więc też samego siebie. Co bardziej krytyczni komentujący ironizują nawet, że dochodzi do sytuacji, w której to cenzura amerykańska jest bardziej skuteczna, niż w momencie, gdy za TikToka odpowiadali Chińczycy.