Amerykańskie władze zatwierdzają podejmowanie pracy za granicą, ale zabiegają o zachowanie tego w tajemnicy. W niektórych przypadkach wojskowi emeryci nie powiadamiają o swych posadach rządu, a nie ma mechanizmu, który pozwalałby to zweryfikować - pisze waszyngtoński dziennik.

„W Arabii Saudyjskiej 15 emerytowanych amerykańskich generałów i admirałów pracowało od 2016 roku jako płatni konsultanci ministerstwa obrony. Resortem tym kieruje książę Mohammed ibn Salman, faktyczny władca królestwa, który według amerykańskich agencji wywiadowczych zatwierdził w 2018 roku zabójstwo dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego, felietonisty +Washington Post+, w ramach brutalnego rozprawiania się z dysydentami” – podkreśla gazeta.

Wśród doradców władz Arabii Saudyjskiej "WP" wylicza m.in. emerytowanego generała piechoty morskiej Jamesa L. Jonesa, doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego za prezydentury Baracka Obamy, oraz emerytowanego generała armii Keitha Alexandra, który kierował Agencją Bezpieczeństwa Narodowego za czasów Obamy i prezydenta George'a W. Busha.

„WP” zwraca uwagę, że po zabójstwie Chaszodżdżiego firmy Jonesa nie tylko pozostały w Arabii Saudyjskiej, ale wręcz rozszerzyły tam swą działalność.

Reklama

Pentagon odmówił ujawnienia wynagrodzeń generałów i innych byłych wojskowych. "WP", powołując się na publiczne dokumenty, podaje m.in., że dwóch pułkowników piechoty morskiej, pułkownik armii i kapitan marynarki wojennej otrzymało pensje wysokości od 200 tys. do 300 tys. dolarów rocznie. Inny emerytowany oficer dostał wynagrodzenie przekraczające rocznie 514 tys. dolarów, plus zwrot kosztów utrzymania i roczny bonus wynoszący 330 tys. dolarów.

Dziennik pisze, że zatrudnianie emerytowanych wojskowych ze względu na ich wiedzę i wpływy polityczne stało się częstszym zjawiskiem w ostatniej dekadzie, ponieważ monarchie z Zatoki Perskiej zwiększyły wydatki obronne i wzmocniły partnerstwo z Pentagonem.

Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski