Forsal logo

Budżet 2027: rekordowy deficyt, rosnący dług i nowe podatki. Co czeka przedsiębiorców i konsumentów? [Obiektywnie o Biznesie]

Budżet 2027: rekordowy deficyt, rosnący dług i nowe podatki. Co czeka przedsiębiorców i konsumentów? [Obiektywnie o Biznesie]
Budżet 2027: rekordowy deficyt, rosnący dług i nowe podatki. Co czeka przedsiębiorców i konsumentów? [Obiektywnie o Biznesie]/Forsal.pl
Wydatki państwa w 2027 roku mają sięgnąć 977,6 mld zł, a dochody 695 mld zł. Oznacza to deficyt budżetowy na poziomie 282,6 mld zł – kolejny rekord. Zdaniem Kamila Sobolewskiego, głównego ekonomisty Pracodawców RP, większym problemem od samej wysokości deficytu jest jednak tempo narastania długu publicznego. Jednocześnie polska gospodarka zaczyna dostawać drugi silnik wzrostu – inwestycje.

Projekt budżetu państwa na 2027 rok ponownie pokazuje skalę wyzwań stojących przed polskimi finansami publicznymi. Nominalne wydatki budżetu mają wynieść 977,6 mld zł, podczas gdy dochody zaplanowano na około 695 mld zł. Różnica to 282,6 mld zł deficytu.

To rekord, choć – jak zauważa Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP – sama liczba może być nieco myląca.

Budżet to tylko część finansów państwa

– To faktycznie rekordowy deficyt budżetowy. Pamiętajmy jednak, że to nie są łączne wydatki, bo budżet powinien być całościowym obrazem finansów państwa – wskazuje ekonomista.

Problem polega na tym, że ustawa budżetowa nie obejmuje wszystkich wydatków sektora finansów publicznych. W budżecie nie znajdziemy m.in. pełnych wydatków NFZ czy całych wydatków na emerytury. Znajdują się tam natomiast transfery z budżetu do odpowiednich funduszy.

W efekcie wydatki całego sektora finansów publicznych mają sięgnąć około 2 bln zł, czyli mniej więcej dwa razy więcej niż wydatki samego budżetu.

– Polska władza, polskie finanse publiczne wydają 51 proc. PKB – mówi Sobolewski.

Dlatego jego zdaniem znacznie ważniejszym wskaźnikiem niż sam deficyt budżetowy jest deficyt całego sektora finansów publicznych oraz relacja długu publicznego do PKB.

Deficyt stabilny, ale na bardzo wysokim poziomie

Według przedstawionych prognoz deficyt sektora finansów publicznych wyniósł w 2025 roku 7,3 proc. PKB. W 2026 roku ma wynieść 7 proc., a taki sam poziom założono na 2027 rok.

Z jednej strony oznacza to stabilizację. Z drugiej – stabilizację na bardzo wysokim poziomie.

– Można powiedzieć, że deficyt ustabilizował się na 7 proc. i to jest w jakimś sensie zła wiadomość – ocenia ekonomista.

Dlaczego? Ponieważ dług rośnie szybciej niż nominalna gospodarka.

Jeżeli inflacja wynosi około 3 proc., a realny wzrost gospodarczy 3,5 proc., nominalny PKB rośnie o około 6,5 proc. Przy długu wynoszącym około 60 proc. PKB taki wzrost gospodarki pozwalałby zwiększać nominalny dług o około 4 pkt proc., bez pogarszania relacji długu do PKB.

Tymczasem dług rośnie szybciej.

Według prognoz Ministerstwa Finansów relacja długu sektora finansów publicznych do PKB może wzrosnąć z około 60 proc. do 75 proc. w 2029 roku.

– Niepokojący jest nie tyle sam poziom 60 proc., ile dynamiczne tempo, w jakim ten dług nam rośnie – podkreśla Sobolewski.

Nie można oszczędzać za wszelką cenę

Ekonomista zwraca jednak uwagę na istotną zależność: konsolidacja fiskalna nie może odbywać się kosztem wzrostu gospodarczego.

Jeżeli państwo ograniczy deficyt, ale jednocześnie doprowadzi do wyraźnego spowolnienia gospodarki, relacja długu do PKB wcale nie musi się poprawić.

Sobolewski podaje przykład hipotetycznego ograniczenia wydatków o około 25 mld zł, czyli mniej więcej tyle, ile kosztują trzynaste i czternaste emerytury. Jeżeli taka konsolidacja doprowadziłaby jednocześnie do spadku wzrostu gospodarczego o 1 pkt proc., efekt w relacji długu do PKB mógłby zostać praktycznie wyzerowany.

– Cała zabawa z mądrym zarządzaniem budżetem polega na tym, żeby podtrzymać wzrost gospodarczy, a jednocześnie starać się ograniczać deficyt – mówi.

To właśnie znalezienie równowagi między tymi dwoma celami będzie jednym z największych wyzwań dla polityki gospodarczej w kolejnych latach.

Inwestycje wreszcie ruszyły

Jednym z bardziej pozytywnych elementów obrazu polskiej gospodarki są inwestycje. W drugim kwartale ich dynamika przekroczyła 8 proc. rok do roku.

Zdaniem Sobolewskiego może to być początek znacznie ważniejszego trendu.

– To jest początek trendu, który się charakteryzuje ogromną bezwładnością – ocenia.

Skala potencjału jest duża. W 2025 roku inwestycje w Polsce odpowiadały około 17 proc. PKB. Dla porównania w Czechach było to około 25 proc.

Osiągnięcie poziomu zbliżonego do najlepszych gospodarek regionu oznaczałoby konieczność zwiększenia strumienia nowych inwestycji o ponad 50 proc. – i to jeszcze przed uwzględnieniem inflacji.

Dlatego wzrost inwestycji o 8 proc. jest zdaniem ekonomisty ważnym sygnałem, ale nie powinien być traktowany jako koniec problemu.

– Chodzi o to, żeby tego początku nie zburzyć – mówi.

Pomóc mogą środki europejskie, wydatki obronne oraz poprawa nastrojów przedsiębiorców. Kluczowe byłoby jednak to, aby po okresie inwestycji publicznych dołączyły również inwestycje prywatne.

Kredyt może być niewykorzystaną rezerwą wzrostu

Jedną z potencjalnych rezerw polskiej gospodarki jest również kredyt.

Państwo korzysta z finansowania dłużnego stosunkowo chętnie, natomiast gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa pozostają znacznie bardziej ostrożne.

Zdaniem Sobolewskiego większe wykorzystanie kredytu hipotecznego, a przede wszystkim kredytów inwestycyjnych dla firm, mogłoby dodatkowo napędzić gospodarkę.

Równie istotna jest struktura oszczędności Polaków. Według ekonomisty około 1,5 bln zł znajduje się na depozytach bankowych, często nisko oprocentowanych.

Przesunięcie części tych środków w stronę akcji, funduszy czy obligacji mogłoby zwiększyć dostępność kapitału dla gospodarki.

Tu pojawia się również projekt OKI, który ma zachęcać Polaków do bardziej efektywnego inwestowania oszczędności.

Obrona: nie tylko ile wydajemy, ale gdzie trafiają pieniądze

W projekcie budżetu na 2027 rok wydatki na obronność mają wynieść 198,1 mld zł, czyli ponad 4,5 proc. PKB.

W obecnej sytuacji geopolitycznej trudno kwestionować potrzebę wysokich wydatków na bezpieczeństwo. Zdaniem Sobolewskiego najważniejszym pytaniem staje się jednak ich efektywność.

Nie chodzi już tylko o to, aby kupować sprzęt możliwie tanio.

– Nowa miara efektywności to już nie jest tylko to, żeby wydać jak najmniej za określony sprzęt, ale też żeby zbudować cały łańcuch wartości, cały łańcuch dostaw, który będzie ten strumień pieniądza pożytkował na zamówienia w polskim przemyśle, a nie na zakupy importowe – wskazuje.

W tym kontekście local content staje się nie tylko kwestią przemysłową, ale również finansową.

Jeżeli ogromny strumień pieniędzy przeznaczanych na obronność będzie w dużej mierze wypływał za granicę, wpływ tych wydatków na polską gospodarkę będzie ograniczony.

Jeżeli natomiast część pieniędzy pozostanie w krajowym łańcuchu dostaw, wydatki obronne mogą jednocześnie wspierać produkcję, inwestycje, miejsca pracy i wpływy podatkowe.

Zdrowie: więcej pieniędzy nie zawsze oznacza lepszy system

Na ochronę zdrowia w 2027 roku ma trafić 274,1 mld zł – o 26,3 mld zł więcej niż wcześniej.

Pytanie nie brzmi więc już tylko: ile wydajemy? Równie ważne jest: jak wydajemy?

Sobolewski zwraca uwagę, że Polska ma w porównaniu z innymi państwami relatywnie wysokie wydatki na leczenie szpitalne. Jego zdaniem część pieniędzy można byłoby przesunąć w kierunku profilaktyki, badań przesiewowych i wcześniejszej diagnostyki.

Korzyści byłyby nie tylko zdrowotne.

Zdrowy człowiek może pracować, zarabiać, płacić podatki i składki, a jednocześnie nie generuje wysokich kosztów leczenia ciężkiej choroby.

Problem w tym, że inwestycje w profilaktykę często przynoszą efekty dopiero po wielu latach. Z punktu widzenia politycznego oznacza to, że koszty pojawiają się dziś, a korzyści mogą być widoczne dopiero po zakończeniu kadencji.

Renta wdowia – koszt, o którym mówi się za mało

Jednym z najbardziej krytycznych fragmentów rozmowy była ocena renty wdowiej.

Według oceny skutków regulacji w 2027 roku koszt tego rozwiązania dla finansów publicznych ma wynieść około 11 mld zł. Niezależne szacunki mogą wskazywać nawet na 13–16 mld zł.

Sobolewski uważa, że jest to przykład decyzji, której koszt w pierwszych latach był relatywnie niewielki, ale z czasem znacząco obciąża finanse publiczne.

Dla zobrazowania skali ekonomista zestawia ten wydatek z kilkoma źródłami dochodów podatkowych państwa.

Danina solidarnościowa przynosi około 2 mld zł, opłata cukrowa około 1,5 mld zł, a podatek bankowy wraz z obciążeniami sektora ubezpieczeniowego około 7 mld zł. Do tego dochodzą wpływy z podwyższonego CIT dla banków.

Łącznie są to kwoty porównywalne z przyszłorocznym kosztem renty wdowiej.

– Niewielki koszt tej zmiany w pierwszym roku spowodował, że warto było to zrobić politycznie. Moim zdaniem to jest dokładnie ten punkt, w którym rząd sam sobie nawarzył tego piwa – ocenia ekonomista.

Jego zdaniem bez tego obciążenia konsolidacja fiskalna mogłaby być bliższa wymaganemu przez Unię Europejską poziomowi.

Nowa stawka PIT. Kto zapłaci więcej, a kto mniej?

Istotnym elementem zmian zapowiadanych na 2027 rok są również zmiany podatkowe.

Obecnie podstawowe zasady PIT opierają się na stawkach 12 i 32 proc., przy kwocie wolnej od podatku wynoszącej 30 tys. zł.

Projekt zakłada wprowadzenie dodatkowej stawki 24 proc. dla części podatników osiągających dochody w przedziale około 130–150 tys. zł.

Jednocześnie pakiet obejmuje także zmiany w PIT i CIT, które mają być dla finansów publicznych neutralne fiskalnie.

To oznacza, że państwo nie zakłada istotnego zwiększenia ani zmniejszenia swoich dochodów w wyniku całego pakietu. Jedna zmiana obniża obciążenia, inne mają przynieść dodatkowe wpływy.

Zdaniem Sobolewskiego sam sposób konstruowania takiego pakietu zasługuje na uwagę.

– Bardzo chwalę pomysł, w którym rząd przedstawia zmiany podatkowe nie tylko na zasadzie, że damy więcej, ale również skąd weźmiemy na to środki – mówi.

To ważna zasada w sytuacji, gdy finanse publiczne znajdują się pod presją.

Każda ulga, świadczenie czy obniżka podatku ma bowiem swój koszt. Jeżeli państwo nie pokaże źródła finansowania, koszt ten ostatecznie może zostać pokryty większym deficytem albo wyższym długiem.

Inflacja i PKB – budżet może się jeszcze zmienić

Założenia budżetu na 2027 rok opierają się na wzroście realnego PKB o około 3 proc. oraz średniorocznej inflacji również na poziomie około 3 proc.

To – zdaniem ekonomisty – założenia mieszczące się w rynkowym konsensusie.

Nie oznacza to jednak, że są pewne.

Dużym znakiem zapytania pozostaje sytuacja geopolityczna i jej wpływ na ceny energii. Jeżeli napięcia na Bliskim Wschodzie doprowadziłyby do utrzymywania się wysokich cen ropy, inflacja w 2026 roku może być wyższa.

Jednocześnie wysoka inflacja podnosi koszty obsługi długu i wpływa na stopy procentowe oraz rentowności obligacji, ale z drugiej strony zwiększa nominalne wpływy podatkowe.

VAT, PIT, CIT czy składki zdrowotne reagują bowiem na wzrost nominalnych dochodów i cen.

W efekcie minister finansów może patrzeć na tę samą inflację z dwóch zupełnie różnych perspektyw: jako na problem dla kosztów długu i jednocześnie źródło wyższych dochodów budżetowych.

Największym wyzwaniem będzie utrzymanie wzrostu

Budżet 2027 roku pokazuje więc paradoks polskiej gospodarki.

Z jednej strony państwo wydaje rekordowe kwoty, finansuje wysokie wydatki obronne i zdrowotne, a jednocześnie musi mierzyć się z rosnącym długiem.

Z drugiej – gospodarka ma potencjał dalszego wzrostu. Konsumpcja pozostaje relatywnie mocna, a po latach stagnacji zaczynają wyraźnie rosnąć inwestycje.

Dlatego największym wyzwaniem nie jest wyłącznie cięcie wydatków.

Chodzi o to, aby ograniczać deficyt bez zabijania wzrostu gospodarczego.

Jeżeli inwestycje prywatne rzeczywiście przyspieszą, środki europejskie będą nadal napędzać gospodarkę, a wydatki obronne w większym stopniu będą trafiały do krajowego przemysłu, Polska może wykorzystać kolejne lata do szybszego wzrostu.

Jeżeli jednak wzrost spowolni, a wydatki będą rosły szybciej niż dochody, relacja długu do PKB będzie się pogarszać.

I właśnie dlatego – jak wynika z rozmowy z Kamilem Sobolewskim – najważniejszą liczbą w budżecie 2027 roku może wcale nie być rekordowy deficyt. Ważniejsze będzie to, jak szybko będzie rósł dług i czy polska gospodarka będzie w stanie rosnąć szybciej od koszt jego obsługi.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: forsal.pl
Szymon Glonek
Szymon Glonek

Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych oraz Podyplomowych Studiów Psychologii Zachowań Rynkowych na Uniwersytecie Warszawskim.

Od 2002 roku organizator i prowadzący szkolenia, warsztaty i plenery w dziedzinach autoprezentacji, fotografii i wystąpień przed kamerą. W latach 2007 – 2011 współprowadził i prowadził audycje w Radio PIN. W latach 2011 – 2013 był producentem w Bankier.tv (grupa Bankier.pl). Od 2013 zajmuje się produkcją telewizyjna oraz transmisjami on-line z różnych wydarzeń. Od 2021 prowadzi podcasty oraz wywiady video dla Dziennika Gazety Prawnej, Forsal.pl, Dziennik.pl oraz INFOR.pl. 

Prowadzi programy: Obiektywnie o biznesie (Forsal.pl) oraz Z pierwszej strony (gazetaprawna.pl) Jest autorem i prowadzącym programy: Męskie rozmowy i Tech.Dziennik.pl na Dziennik.pl Od 2024 jest wydawcą i producentem wideo w Grupie DGP INFOR.

Linkedin: https://www.linkedin.com/in/szymon-glonek-7b333653/
Facebook/META: https://www.facebook.com/szymon.glonek
X: https://x.com/szglonek

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraAI zmieni firmy szybciej niż sądzimy. Kto nauczy się z nią pracować? [Obiektywnie o Biznesie] »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj