"Donald Trump to oszust i blagier, który zostanie dyktatorem” – prorokował miliarder George Soros na początku tego roku podczas Forum Ekonomicznego w Davos. Prezydent konsekwentnie dewastujący to, co przez lata budował liberalny establishment, musi być dla Sorosa jak monstrum z sennych koszmarów. Wszystko przez podważenie powszechnej wiary w zbiór prawd i zasad, które kształtują obecne zachowania społeczne. Natomiast to, co zajmowało dotąd margines poglądów akceptowalnych, Trump wpycha na miejsce zarezerwowane dla tzw. mainstreamu. Konieczność walki z globalnym ociepleniem, surowy zakaz wartościowania ludzi ze względu na ich wyznanie czy przestrzeganie w każdych okolicznościach praw człowieka – to wszystko nowy prezydent z miejsca odrzuca. Regularnie oznajmia, że polityczna poprawność była oszustwem, służącym niewoleniu zwykłych obywateli, wzbudzając niekłamaną wściekłość socjety. Dzięki niej wygrał wybory, bo stanowiła dla rozczarowanych obywateli wiarygodny dowód na to, że nie jest człowiekiem establishmentu. Zaś w czasach pokryzysowych zawsze panuje największe zapotrzebowanie na takich właśnie polityków, ponieważ lud utracił zaufanie do dotychczasowej elity.

A jednak Soros powinien raczej się cieszyć, że ta fala wyniosła na sam szczyt tak dziwną personę. Wprawdzie urodzony z niego blagier, lecz ciągle potykający się o własne nogi, co regularnie punktują media. Marny z niego oszust, skoro tak wiele osób zauważa, że prezydent kłamał. Manipulacje bywają naprawdę skuteczne, jeśli pozostają niedostrzeżone, nawet gdy są większe od Empire State Building. Trump tego nie potrafi, więc trudno sądzić, by mógł ulepić nową Amerykę wedle własnego widzimisię. W tym względzie bardzo wiele mógłby się nauczyć od Franklina D. Roosevelta. Także i jego na sam szczyt wyniósł ekonomiczny krach. A gdy go osiągnął, wówczas zaczął łamać wszelkie obowiązujące reguły. Przy czym tak zręcznie, że oszustwa nie sprowadziły na niego powszechnej niechęci, lecz o mały włos, a uczyniłyby dyktatorem Stanów Zjednoczonych.

Człowiek godny zaufania

„Cały kraj jest z nim, właśnie dlatego, że on coś robi. Gdyby spalił Kapitol, wszyscy wiwatowalibyśmy, mówiąc, cóż, przynajmniej udało nam się jakoś wywołać pożar” – napisał po inauguracji prezydentury Roosevelta Will Rogers, humorysta „New York Timesa”. Choć ton był żartobliwy, to satyryk celnie uchwycił nastrój obywateli. Po trzech latach Wielkiego Kryzysu utracili oni zupełnie zaufanie do politycznych elit. Urzędujący prezydent Herbert Hoover w 1932 r. poniósł totalną klęskę wyborczą, zdobywając w Kolegium Elektorów zaledwie 59 głosów. Jego przeciwnik znany był przede wszystkim z tego, że tuż przed czterdziestką zachorował na polio, a mimo to potrafił pokonać słabości i zostać politykiem. Natomiast Franklin D. Roosevelt nie mógł się pochwalić większym doświadczeniem w życiu publicznym, bo jedynie przez niecałą kadencję sprawował urząd gubernatora stanu Nowy Jork, a Partia Demokratyczna bardzo niechętnie udzieliła mu swego poparcia. Pomimo tych słabości zebrał w wyborach aż 472 głosy elektorskie, co było nokautem dla urzędującego prezydenta, choć przecież ten robił bardzo wiele, żeby kraj przezwyciężył Wielki Kryzys. Skoro Hoover postawił na protekcjonizm handlowy i odciął rynek amerykański od europejskich towarów za pomocą taryf celnych, a także rozpoczął wielki program robót publicznych, to jego przeciwnik proponował coś zupełnie odwrotnego. Roosevelt podczas kampanii wyborczej oskarżył republikanów o zbyt wysokie wydatki z funduszy publicznych oraz nadmierne opodatkowanie ludzi. „Rząd wydaje najwięcej pieniędzy w czasie pokoju w całej historii” – ostrzegał, wskazując, że z powodu Wielkiego Kryzysu PKB kraju skurczyło się niemal o połowę i budżet federalny wpada w spiralę zadłużenia. Obiecał więc redukcję wydatków i podatków oraz zaniechanie centralnego sterowania gospodarką z Waszyngtonu.

W tym samym czasie nastąpiło cudowne ozdrowienie Roosevelta. Kiedy dziesięć lat wcześniej wirus polio zaatakował jego organizm, utracił władzę nad ciałem od pasa w dół. Przez kilka lat musiał intensywnie ćwiczyć, żeby to samo nie dotknęło jego rąk. Samodzielnie potrafił zrobić kilka kroków jedynie dzięki stalowym szynom usztywniającym nogi. Na co dzień poruszał się tylko przy użyciu wózka inwalidzkiego. Takim go pamiętano, gdy wraz z żoną Eleonorą założył fundację do walki z polio. Jednak, o ile ludzie darzą sympatią niepełnosprawnego biznesmena filantropa, to niekoniecznie chcą kalekiego przywódcy. Opuszczając limuzynę pod lokalem wyborczym, gdy kandydował na gubernatora stanu Nowy Jork, Roosevelt poprosił dziennikarzy, by nie filmowali i nie fotografowali momentu wysiadania. Ci posłuchali i tak zawiązał się niepisany pakt, przestrzegany przez media. Satyryk Hugh Gallagher, również ofiara polio, zanotował: „Wśród tysięcy politycznych rysunków i karykatur Roosevelta żaden nie pokazywał go jako upośledzonego fizycznie. W rzeczywistości na wielu z nich był człowiekiem akcji, biegnącym, skaczącym, działającym”. Od 1928 r. ambitny polityk dbał, żeby wyborcy nie dostrzegli jego kalectwa, dzięki czemu o nim zapominali. „Zadanie Roosevelta było trudniejsze ze względu na fakt, że jego stan zdrowia był trwały i widoczny. W konsekwencji stał się mistrzem kamuflażu (...). Na mocy dżentelmeńskiej umowy z dziennikarzami nie fotografowano go w wózku inwalidzkim lub w innych trudnych sytuacjach. Aparaty ortopedyczne, które nosił na nogach, ukrywał pod długimi pelerynami lub kocami. Ochrona osobista przygotowywała jego publiczne wystąpienia, konstruując przenośne rampy dla wózków i umieszczając uchwyty do rąk przy mównicach” – opisuje w książce „Polio. Historia pokonania choroby Heinego-Medina” David M. Oshinsky. Ciągłe mistyfikacje odniosły sukces i większość Amerykanów idących do urn wyborczych w 1932 r. zupełnie nie miała świadomości, że ich faworyt musi codziennie zmagać się z bolesną i bardzo absorbującą chorobą.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP