Niemal wszystkie głoszone kiedyś przez światłą prawicę przemiany – od cywilizacyjnej (wyciągnięcie Polski z półki sprawnego wykonawstwa zachodnich projektów politycznych i gospodarczych) do edukacyjnej (więcej dumy z kraju w szkole, budzenie szacunku do nauczycieli, zwiększenie praw rodziny w szkolnictwie, podniesienie poziomu humanistyki) – pozostają w cieniu pajęczyny personalnej. Ponieważ każda władza musi mieć jakąś ideę lepszą niż „partia na swoim”, ministrowie spędzają sporo czasu na mszach, ale rząd jest niekatolicki z ducha i praktyki. Jedną z idei budzących jego szczególne obrzydzenie jest fundamentalna dla katolickiej wizji polityki idea pomocniczości państwa (silne państwo umacnia instytucje społeczne, autonomiczne wobec władz).

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Z ogromnej władzy personalnej lidera polskiej prawicy może wynikać polityka rządu znacznie lepsza niż ta przed 2015 r. – ale tylko wówczas tak by się działo, gdyby prezes Jarosław Kaczyński mógł uruchomić wielką liczbę spychanych dotąd na margines ludzi wartościowych. Niestety, PiS (a w raz z nim Polska) płaci frycowe za wieloletnią marginalizację własnego środowiska. Częściowo marginalizacja była skutkiem kontrakcji elit, świadomych zagrożenia niesionego przez plany Kaczyńskiego. Częściowo jest skutkiem fiaska pierwszego rządu PiS, w którym Andrzej Lepper był wicepremierem. Wychodziło komicznie, nie ma się co dziwić, że nie tak znowu wielu ekspertów garnęło się potem do PiS... Kiedy „dobra zmiana” zaczęła mianować i mianować, niewiele miała takich osób jak Anna Streżyńska. W otoczeniu PiS upowszechnił się pogląd, że niedostatek kompetencji jest zasługą: nie umieją, bo nie byli częścią skorumpowanej elyty z Układu.

>>> Czytaj też: Balcerowicz: wyemigrujcie na Białoruś, tam Łukaszenka pilnuje, by wszystko było państwowe [WYWIAD]