Zacytuję Kubusia Puchatka. „Jedyny powód, żeby brzęczeć, to być pszczołą. Jedyny powód, żeby być pszczołą, jaki ja znam, to robić miód, a jedyny powód robienia miodu to ten, żebym ja go jadł”. Po co zajmować się trzmielami? One nie robią miodu.

Ależ robią, i to nawet smaczny, tylko za mało, żeby człowiek mógł z niego masowo korzystać. Pan myśli o pszczole miodnej, a cykl życia tych gatunków jest inny. Pszczoły muszą przeżyć zimę, więc robią zapasy, a gniazda trzmieli obumierają pod koniec lata, więc one nie gromadzą tyle jedzenia. Miód nie jest zatem powodem zainteresowania trzmielami, natomiast powinniśmy się nimi przejmować, bo są ważne dla zapylania roślin, co się przekłada na korzyści dla człowieka. Nasze uprawy są w dużej mierze zapylane właśnie przez trzmiele, nie przez pszczoły miodne. Jagody, maliny, pomidory. Wie pan, że większość pomidorów, które zjadamy, to właśnie efekt działalności trzmieli?

Mieliśmy w Polsce producenta, który reklamował się, że jego pomidory są zapylane przez trzmiele, a tu się okazuje, że to nic nadzwyczajnego. A te trzmiele tak po prostu przylatują na te wielkopowierzchniowe uprawy?

Nic z tych rzeczy. W Europie uprawia się pomidory w szklarniach i owady są tam dostarczane. Do lat 80. XX w. trzeba było zapylać rośliny ręcznie. Żeby to zrobić, należy wstrząsnąć kwiatem, wprowadzić go w wibrację. Jeszcze nie tak dawno zatrudniano do tego ludzi, którzy musieli dotknąć każdego kwiatu specjalną różdżką, aż pewien przedsiębiorczy człowiek w Holandii wpadł na pomysł hodowania trzmieli i sprzedawania ich właścicielom szklarni. Na początku działał lokalnie, ale zauważono, że pomidory uzyskane w ten sposób są większe i słodsze niż te zapylane ręcznie. Biznes się rozwinął i dziś funkcjonuje wiele fabryk trzmieli. Są eksportowane na cały świat.

Przemysłowa uprawa pomidorów wymaga przemysłowej hodowli trzmieli...

Chyba nie chce pan, żebym się wzruszał ich losem?

Trochę bym chciał, ale w końcu i tak żyją tylko przez jeden sezon i pewnie to krótkie życie w szklarni nie jest rażąco gorsze niż na wolności.

Może to nieco smutne, że trzmiele są masowo produkowane i spędzają życie w szklarni. Mają trochę gorzej, bo w naturze żywiłyby się mniej monotonnie. Proszę sobie wyobrazić, że jadłby pan przez całe życie tylko pomidory. Nieciekawie, jednak to urozmaicenie na wolności też nie jest już do końca prawdą – mamy monouprawy, więc w wielu miejscach nie ma znowu tak wielu gatunków kwiatów. Ponieważ pyłek różnych roślin ma różne właściwości, najlepiej by było, gdyby trzmiele czy pszczoły miały urozmaiconą dietę. Zresztą tak jak ludzie. Dodatkową zaletą pracy trzmieli w szklarniach oprócz smaku pomidora jest to, że używa się mniej pestycydów, bo inaczej owady by padły.

Przyroda ma coś z tych sztucznie wyprodukowanych trzmieli? Czy tylko my odnosimy korzyści?

Cóż, dla przyrody jest to ryzyko. Te komercyjne trzmiele są sprzedawane do różnych krajów na świecie, np. do Japonii czy Chile. Razem z nimi eksportujemy europejskie choroby owadów, a wiadomo, że każde wielkie skupisko – a takim jest przemysłowa hodowla – jest świetnym miejscem rozwoju chorób danego gatunku. Te eksportowane trzmiele czasem uciekają i zakażają lokalne owady, które nie mają odporności. Do tego konkurują z miejscowymi zapylaczami, które z obu tych powodów mogą zacząć masowo ginąć. Doszło do tego zresztą już w Chile i Argentynie. Stało się dokładnie to, co wtedy, gdy Europejczycy pojawili się w obu Amerykach. Zauważyliśmy, że największy gatunek trzmiela na świecie, który żyje właśnie w Ameryce Południowej, znika z każdego miejsca, w którym znajdą się te europejskie. Szacujemy, że wyginie całkowicie góra w ciągu dwóch lat.

>>> Czytaj też: Podwodny robot wzorowany na karpiu. Oto wynalazek polskich inżynierów

I co się wtedy stanie? Miejscowych czeka apokalipsa?

Zastąpią go trzmiele z Europy. Ale problem pozostaje i będzie miał bardzo poważny wpływ na środowisko w tych krajach. Rzecz w długości ssawki. Europejskie trzmiele mają ją stosunkowo krótką, a miejscowe bardzo długą. Wiele kwiatów, zwłaszcza w Andach, jest tak zbudowanych, że zapylić je mogą tylko owady z długą ssawką. Niektóre gatunki roślin wyginą.

Wielu ludzi myśli tak: co nas obchodzi, czy w Andach przetrwa jakiś kwiatek? Po pierwsze – daleko od nas, po drugie – przecież gatunki zawsze wymierały. Taka cena ewolucyjnej specjalizacji.

Tyle że przez naszą działalność gatunki wymierają teraz średnio tysiąc razy szybciej niż w całej historii życia. Takiej skali nie było od 65 mln lat, kiedy w Ziemię uderzył meteor, który spowodował wyginięcie dinozaurów. Niektórzy naukowcy prognozują, że do końca stulecia zniknie dwie trzecie gatunków. To będzie miało gigantyczny wpływ na to, jak funkcjonujemy. Czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy częścią przyrody. Zależymy nie tylko od zapylaczy. Proszę sobie wyobrazić świat bez organizmów, które np. wywołują rozkład i są częścią systemu przemiany materii. Poza tym przecież nawet jeśli dane stworzenie nic dla nas – przynajmniej na pierwszy rzut oka – nie robi, to i tak ma prawo żyć tak samo jak my. Owady bywają piękne i fascynujące, ale bywają też paskudne, dziwaczne, u niektórych wywołują odrazę. Ale były tu o wiele wcześniej niż człowiek i mają prawo nadal tu być. Zawsze mnie zasmuca ten rodzaj myślenia: co te zwierzęta mogą dla nas zrobić. Trzeba to pytanie odwrócić.

Mówi pan, że każdy gatunek ma prawo żyć. Ale i u pana wyczuwam podejście utylitarne – ważenie interesów ludzi i innych gatunków. Zresztą jak w dużej części ruchu ekologicznego. Krótko mówiąc, są gatunki równe i równiejsze.

Faktycznie mówi się nawet o tzw. usługach ekosystemu, ludzie starają się przypisać konkretną wartość monetarną temu, co dla nas robi środowisko. Myślę, że bierze się to stąd, że ekolodzy starają się przekonać do ochrony przyrody polityków, a oni myślą tylko o wzroście gospodarczym. Według mnie nie musimy przypisywać do wszystkiego jakichś wartości. Pandy są słodkie, ale nic dla nas nie robią. Tak samo pingwiny czy niedźwiedzie polarne. Jest mnóstwo gatunków, których istnienia nie można uzasadnić finansowo. Tak samo jest z owadami, choć może dopiero kiedy znikną, zrozumiemy, jakie miały dla nas znaczenie. Wszyscy żyjemy na tym kawałku skały, razem z nami siedzi na nim 10 mln gatunków, a my nie mamy nic innego. Nie przesiądziemy się na inną planetę, jak już zniszczymy tę.

Misie panda, niedźwiedzie polarne, niektóre motyle są piękne. To też jest jakaś wartość, pewnie nawet dałoby się ją policzyć. Jest jakiś rynek kartek ze zdjęciami motyli. Na pewno da się oszacować rynek słodkich zwierzaczków: piesków, kotków, misiów. Ludzie je lubią, ale mają problem z polubieniem już nawet krowy czy świni, więc co tu mówić o trzmielu czy innym owadzie. Pan kocha pieski i kotki?

Jasne. Ale to frustrujące dla ludzi nauki, a takim jestem, że większość lubi tylko to, co ma futro lub pióra. Szczypawki albo korniki ich nie mają, choć są dużo ważniejsze dla kondycji naszej planety. Większości gatunków owadów jeszcze nie odkryliśmy i nie wiemy, jakie mają znaczenie. Dużych ssaków jest stosunkowo niewiele i gdyby zniknęły, to skutki dla Ziemi byłyby o wiele mniej dramatyczne, niż gdyby nie było pszczół, trzmieli czy korników. To byłaby katastrofa dla ekosystemu. Amerykański entomolog Edward Osborne Wilson powiedział, że jeśli my znikniemy, to może nawet będzie lepiej dla planety, a jeśli znikną insekty, zapanuje chaos i katastrofa.

To pan wywołał temat kornika. Wie pan, że polski minister środowiska chroni przed nim Puszczę Białowieską, wycinając Puszczę Białowieską?

(chwila ciszy) Pan żartuje? Pojawił się jakiś nowy gatunek?

Skąd! Stary kornik drukarz.

Nic nie rozumiem. Jeśli to prawda, to mogę tylko powiedzieć, że ten las istnieje przecież od tysięcy lat, prawdopodobnie od ostatniego zlodowacenia, i przez cały ten czas świetnie sobie radził mimo ataków różnych owadów. Wycinka to szaleństwo.

Wrócimy do trzmiela? Co mogę dla niego zrobić ja? Dodam, że nie jestem politykiem ani nawet rolnikiem.

Proszę się zastanowić, czy warto kupować produkty importowane z daleka. Jeśli tylko może pan sobie na to pozwolić, proszę kupować lokalnie, od małych producentów i w miarę możliwości żywność ekologiczną, produkowaną bez pestycydów. Gdybyśmy częściej to robili, to dla każdego zmiana byłaby niewielka, a sumarycznie ogromna. Może pan też zakładać hotele dla owadów w mieście. Wziąć kawałek drewna i wywiercić kilka dziurek, a pszczoły samotnice mogą tam zamieszkać. To jest też świetne zadanie dla dzieci, które potem mogą te owady obserwować. W ogródku czy na balkonie proszę siać kwiaty dzikie zamiast hodowlanych. To będzie źródło pożywienia dla miejskich pszczół czy trzmieli. Znajdą pana balkon nawet w samym środku miasta bez problemu. W internecie jest wiele stron, na których znajdzie pan listę gatunków pożądanych roślin, np. na stronie mojego uniwersytetu. Zasadą jest, żeby nie używać pestycydów. Ja rozumiem, że w rolnictwie na masową skalę są przydatne, ale w ogródku czy na parapecie są całkowicie zbędne. To wszystko są prościutkie działania, ale każdy może mieć swój mały wkład w ratowanie owadów.

A pan ma angielski trawnik przed domem?

Mam za domem i to nie trawnik, tylko łąkę pełną różnych roślin, które inni nazywają chwastami. I mam masę owadów. Nie wiem, jak można chcieć mieszkać na korcie do tenisa. 

>>> Czytaj też: Suchodolska: Grantoza zabija naukę [FELIETON]