Parę lat temu, kiedy wróciłem na wakacje z uczelni do swojego rodzinnego New Jersey, chciałem wykorzystać czas wolny, żeby sobie dorobić. Mając wtyczkę w lokalnej Polonii, dostałem pracę na budowie domu jednorodzinnego. Przez dwa miesiące pracowałem obok Polaków, Latynosów, Słowaków i paru Amerykanów. Z tej przygody najbardziej pamiętam myśl: „Mam to szczęście, że jak skończę studia, to już nigdy nie będę musiał tego robić”. Żeby opowiedzieć o szczerej i uczciwej pracowitości innych pracowników na budowie, potrzebowałbym paru stron tekstu. Dla większości budowlańców, z którymi pracowałem, to nie była fucha wakacyjna, tylko zawód, w którym dosłownie trzeba było tyrać. Trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek w wieżowcach oddalonego o zaledwie 20 km Manhattanu pracował tak ciężko jak na tej budowie. Czytając statystyki o niskiej wydajności w budownictwie, aż na głos chciałem spytać, w jaki sposób można tutaj zwiększyć produktywność?

Zacznijmy od definicji: produktywność jest mierzona jako wartość dodana brutto za godzinę pracy. Zatem już tutaj znajduje się odpowiedź na kluczowe pytanie: średni wkład jednej godziny pracy budowlańca jest za niski. Gdyby był większy, to robota skończyłaby się wcześniej, a budowlaniec mógłby za te same pieniądze pójść parę godzin wcześniej do domu. W skali światowej, od 199 5 r . produktywność ogólnie we wszystkich sektorach wzrosła prawie o 100 proc. (w przemyśle o ok. 70 proc.). W tym samym okresie budownictwo zanotowało tylko 21-proc. wzrost.

Jak podaje „The Economist”, w USA produktywność w sektorze budowlanym spadła o połowę od 196 0 r ., a we Włoszech i Francji o jedną szóstą od roku 199 5. W Niemczech przez ostatnie dekady wzrost w sektorze budowlanym waha się nieznacznie powyżej zera. Wzrost w ujęciu globalnym można zawdzięczać głównie krajom rozwijającym się. A sektor budowlany stanowi 13 proc. światowej produkcji i wart jest ok. 10 bln dol. Zatem gdyby produktywność w budownictwie rosła tak jak w gospodarce ogółem, świat byłby według „The Economist” bogatszy o 1,6 bln dol.

McKinsey opisuje osiem kluczowych czynników, które czynią budownictwo tak nisko produktywnym. W skrócie: wina leży w słabej komunikacji pomiędzy budowlańcami a osobami zarządzającymi, nieadekwatnych systemach zarządzania wydajnością, braku konsekwencji w planowaniu zadań krótkoterminowych, jak i ograniczonym zarządzaniu talentami.

Według ekspertów, nie tylko z McKinsey, ale też z m.in. brytyjskiego CIOB czy Euler Hermes, struktura sektora budowlanego jest przestarzała, a najlepsza dla wzrostu produktywności byłaby jej całkowita restrukturyzacja. Zeszłoroczny raport Światowego Forum Ekonomicznego nie pozostawia złudzeń. Cytuje się tam prezesa największej kanadyjskiej firmy budowlanej, który mówi, że „nie widzi żadnej różnicy pomiędzy tym, jak praca była wykonywana 50 lat temu i jak odbywa się to obecnie”. Raport forum oferuje konkretny przepis na transformację sektora – firmy powinny m.in. specjalizować się w konkretnych czynnościach (podczas gdy większość firm, szczególnie tych mniejszych, zajmuje się praktycznie wszystkim), za specjalizacją zaś powinny iść innowacje, szczególnie te, które podnoszą wydajność kapitału. No i wisienka na torcie: trzeba wrócić do większego wykorzystania prefabrykacji. Specjalizacja i innowacje powinny także doprowadzić do konsolidacji w branży, zaś aby wszystko mogło nadal działać, konieczne będą systemy wymiany informacji pomiędzy firmami.

Rady wydają się rozsądne, ale jest jeszcze jeden problem, który każe się zastanawiać, czy nie są one czysto teoretyczne. Chodzi o podstawową cechę przemysłu budowlanego – rozproszenie. Większość w tym sektorze stanowią małe lub średnie przedsiębiorstwa. W Unii Europejskiej w budowaniu domów tylko 19-proc. udział mają firmy zatrudniające 250 lub więcej pracowników.

Statystki amerykańskie są jeszcze bardziej wymowne – tylko 30 proc. pracowników w sektorze pracuje w firmie, która zatrudnia więcej niż 100 osób. Zarejestrowanych w USA jest ponad 700 tys. firm budowlanych, a 80 proc. z nich zatrudnia nie więcej niż 10 ludzi. Nawet jeśli inwestycje publiczne realizowane są najczęściej przez większe i bardziej wydajne przedsiębiorstwa, to amerykańskie bu downictwo jest wyraźnie zdominowane przez inwestycje prywatne. W 2016 r. w Stanach wydano 286 mld dol. na budownictwo z pieniędzy publicznych, a 876 mld dol. z prywatnych (ta druga kwota jest największą liczbą od dekady, czyli od wybuchu globalnego kryzysu). Nie inaczej jest w większości krajów Europy.

Budowa, na której spędziłem dwa miesiące, nie była ewenementem na rynku budowalnym w Stanach. Była wręcz statystycznie typowa. Mężczyźni, z którymi pracowałem, byli ludźmi renesansu, dostosowując się umiejętnościami do cyklicznej rzeczywistości budowlanki. Nie będzie jednej maszyny, która by ich zastąpiła. Co najwyżej urządzenia pomogą im w pracy.

Potrzeby inwestorów, jak i niestabilny popyt uniemożliwiają firmom budowanie stabilnych i wyspecjalizowanych kadr. Nie bez znaczenia jest także to, że budownictwo wyróżnia się, jeśli chodzi o unikanie opodatkowania – tak po stronie przychodów, jak i w odniesieniu do wynagradzania pracowników. Standardy pracy w niewielkich firmach sprawiają, że często ludzie nie mogą liczyć np. na wypłatę nadgodzin. Prawdopodobnie dlatego do zaleceń McKinsey i Światowego Forum Ekonomicznego bardziej pozytywnie nastawione były duże firmy, z wielokrotnie większymi zasobami pozwalającymi na długoterminowe inwestycje.

Porównywanie produktywności w sektorze budowlanym z innymi gałęziami gospodarki może być bezcelowe, biorąc pod uwagę obecną strukturę pracy w tej branży. Wprowadzenie nowych technologii i sposobów zarządzania zasobami ludzkimi zapewne doprowadziłoby do poprawy. Tylko czekać, aż komuś się to uda. Wtedy wreszcie moi koledzy z budowy pójdą wcześniej do domu.

>>> Czytaj też: Padł rekord. Cudzoziemcy pracujący w Polsce wysłali do swoich krajów prawie 10 mld zł