Do tej pory Prawo i Sprawiedliwość gwarantowało Polakom jedną rzecz, pewniejszą nawet niż wypłata 500 plus. Nawet w sezonie ogórkowym (nie należy mieć tu żadnych skojarzeń) nam nie groziła nuda.

Zawsze działo się coś zaskakującego, np. Joachim Brudziński porywał w góry swojego prezesa, by tam ubrać go w biało-czerwoną pelerynę, która jako jedyny znany ludzkości artefakt chroni jednocześnie przed ostrzałem myśliwych oraz polskojęzycznych mediów. Zawsze na rządowym posterunku trwał cały zespół rozrywkowy, gotów o każdej porze dnia i nocy podnieść ciśnienie tym z obozu liberalnego, nieraz przez drugą stronę zwanego pieszczotliwie „obozem zdrady narodowej”. A dzięki takim językowym pieszczotom liberałowie osiągali stany przedzawałowe, co obóz patriotyczny z dziką satysfakcją komentował na Twitterze fraszką: „Słychać wycie. Znakomicie!”, opatrzoną emotikonem uśmiechniętym od ucha do ucha oraz prośbą o jeszcze mocniejsze dociśnięcie psychiczne drugiej strony. W tym zaś najlepiej sprawdzał się ciężkozbrojny duet Macierewicz – Szyszko, wprost kipiący od twórczej inwencji. Aż dziw bierze, że obaj panowie wspólnie nie wpadli na pomysł, żeby do Puszczy Białowieskiej posłać batalion leopardów. Pół setki brykających po lesie sześćdziesięciotonowych kolosów mogłoby nie tylko rozjechać wszystkie korniki wraz z drzewami, a potem popędzić kota ekologom. W razie potrzeby taki leopard 2A5 dognałby i żubra. A gdyby ten okazał się mimo wszystko szybszy, pozostaje jeszcze działo kaliber 120 mm i całkiem spory zapas pocisków. Bydlątka nie zdążyłyby nawet pisnąć. Ekolodzy też nie. A potem trzeba byłoby już tylko poczekać, aż w Brukseli członkowie Komisji Europejskiej pozbierają z podłogi swoje szczęki.

Wszystko to już jest piękną przeszłością. Dziś znaki na niebie i ziemi wskazują, że radosna rewolucja, mająca zabić przeciwników stresem, odchodzi do lamusa na jakieś dwa lata. Oto rząd został niespodziewanie mocno zrekonstruowany, a rozrywkowe resorty wzięli w swe ręce technokraci. Ci zaś, jak wiadomo, są po prostu nudni. Tak nudni i przewidywalni, że nawet trudno zapamiętać ich nazwiska. Niczego ciekawego też po nich nie można się spodziewać. Choćby taki następca Jana Szyszki, dotychczasowy szef Stałego Komitetu Rady Ministrów Henryk Kowalczyk. Przecież największym życiowym szaleństwem tego człowieka była chęć wprowadzenia jednolitego podatku, łączącego PIT oraz składki ubezpieczeń społecznych. Coś tak szokującego, że nawet najbardziej fanatyczni działacze stowarzyszenia Obywatele III RP nie potrafili odnaleźć w sobie dość sił, by przeciw temu protestować. Samo oburzanie się na Kowalczyka jest wielkim wyzwaniem, wymagającym nadludzkich wysiłków. Tak to bywa w zderzeniu z oceanem nudy.

Inni z nowych ministrów wcale nie są lepsi. Jedyna iskierka nadziei w zaufanym przybocznym prezesa – Joachimie Brudzińskim. Ale nie przypadkiem, z racji cech charakteru, koledzy nazywają go „Jojo”, co nie daje zbyt dobrych rokowań na przyszłość, zwłaszcza opozycji. Bowiem krytykowanie nudy, wzmożenie moralne przeciw nudzie, poprowadzenie ludu na barykady, by zabić nudę, to zadania zaiste godne herosa, obdarzonego charyzmą Churchilla, intelektem Jeffersona, przebiegłością Talleyranda. Na razie obóz liberalny w Polsce dysponuje w ich zastępstwie Grzegorzem Schetyną. Choć ostatnio zrobiło się głośno, iż Ryszard ma jakiś plan. Wprawdzie nadal tajny, lecz zawsze to powód do otuchy, przynajmniej dla tych, którzy nigdy wcześniej z autorem planu się nie zetknęli.

Tak okrutnego końca rekonstruowania rządu opozycja się po prostu nie spodziewała. Zazwyczaj dzieje się tak, jeśli dopiero dwa lata po klęsce wyborczej zaczyna się przemyśliwać konieczność rzetelnego zdiagnozowania jej przyczyn. To wychodzenie środowisk liberalnych ze świata własnej wyobraźni następuje trochę przypadkowo. Oto związany z niszową „Krytyką Polityczną” socjolog dr hab. Maciej Gdula ośmielił się podejść do problemu w sposób naukowy. Jego wycinkowe badania „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta” przyniosły wstrząsające wnioski. Wszystko, czego były pewne elity, zepchnięte przez PiS na margines, okazało się pobożnym życzeniem lub tworem wyobraźni. Polskie społeczeństwo, zwłaszcza na prowincji, nijak nie pasuje do propagandowego obrazka lansowanego od dekady. Co gorsza, straumatyzowany obóz liberalny zupełnie nie ma pojęcia, jak sobie z odkrytą właśnie prawdą poradzić. I tylko osamotniony Ryszard ma plan. W tej sytuacji nagłe obranie przez Kaczyńskiego kursu na nudę jest okrucieństwem nie do przyjęcia. Wprawdzie twardy elektorat pisowski spazmuje równie mocno jak po zdegradowaniu Beaty Szydło. („Nocna zmiana w biały dzień” – napisała na Facebooku jedna ze zrozpaczonych komentatorek. „Najlepszy szef MON od czasu Piłsudskiego jednak odejdzie?” – pytał z niedowierzaniem na Twitterze tygodnik „Sieci Prawdy”. Zaś czytelnicy dorzucali porównania z innymi, potencjalnie równie znakomitymi ministrami obrony narodowej, a to z Sobieskim, a to Łokietkiem lub nawet Chrobrym). Jednak co ma począć twardy elektorat, kiedy się już wypłacze i ponarzeka na bankstera Morawieckiego, zdradzieckiego prezydenta oraz wstrzymanie wycinki Puszczy Białowieskiej. Zagłosuje na smarkaczy z ONR? Będzie błagał pana Antoniego o założenie własnej partii? A może pójdzie za Ryszardem, bo ten ma plan? Nic z tych rzeczy. Twardy elektorat zacznie marzyć sobie, że musi odbić Kaczyńskiego z rąk lewaków, jacy odcięli go od prawdziwych zwolenników. Na tym też się skupi. Co może okazać się jedynym z nielicznych lekarstw na nudę. Choć prawdziwą nadzieję daje już tylko sam prezes, który przez całe życie udowadniał, iż nie znosi się nudzić zbyt długo.ⒸⓅ

>>> Czytaj też: Morawiecki: Dokonujemy przełomu. Zaplanowane deficyty są najniższe w ciągu 28 lat