Piotr, 28 lat, od roku na telepracy, nie ma dzieci:

Ogromnym plusem telepracy jest to, że można się porządnie wyspać. Zazwyczaj wstaję o 7.50, ale tylko po to, aby włączyć służbowy laptop i zalogować się w firmowym systemie. Teoretycznie mój pracodawca tego nie kontroluje, ale w praktyce wolę dmuchać na zimne. Zwykli pracownicy przychodzą do firmy na ósmą, a czas zalogowania każdej osoby można sprawdzić, więc nie chcę – w razie problemów – tłumaczyć, dlaczego ja zaczynam później. Czasem włączam jeszcze pocztę, żeby zobaczyć, czy nie dostałem jakiegoś pilnego zadania. Jeśli nie, to wskakuję do łóżka jeszcze na jakąś godzinę. Luksus. Doceniam to zwłaszcza zimą – przez okno widzę ludzi, którzy w deszczu lub śniegu, w paltach, czapkach, szalikach, czasem z dzieciakami, spieszą się, żeby zdążyć na tramwaj do przedszkola, pracy, na uczelnię. A ja wkładam zatyczki do uszu i hop w krainę snu. Początkowo tak nie robiłem. Gdy zgodziłem się przejść na telepracę, starałem się utrzymywać samodyscyplinę. Mówiłem sobie: wstań rano, zabierz się ostro do pracy, szybciej skończysz i będziesz miał wolne całe popołudnie. Ale okazało się, że w to popołudnie nie za bardzo mam co robić – moja dziewczyna i znajomi jeszcze pracują, miałem zamiar chodzić na siłownię, ale skończyło się na zamiarze. Więc się przynajmniej wysypiam. Zupełnie zmieniły się też moje nawyki żywieniowe. Wielkim odkryciem są śniadania. Wcześniej albo nic nie jadłem przed wyjściem do pracy, albo konsumowałem coś w biegu. A jako telepracownik celebruję poranny posiłek – dziś może jajecznica, a może tosty albo naleśniki. W lecie jem na balkonie – gdyby ktoś powiedział mi dwa lata temu, że przyjdzie mi do głowy spożywanie śniadań na świeżym powietrzu, nie uwierzyłbym. Telepraca potrafi zaskoczyć, dzięki niej albo poznajesz siebie z innej strony, albo po prostu zmieniasz się pod jej wpływem. Także fizycznie. Jako telepracownik zapuściłem brodę. Z lenistwa oczywiście, ale udaję przed wszystkimi, że to z chęci bycia modnym.

>>> Czytaj też: Pensje nie są najważniejsze. Polacy najchętniej zmieniają pracę dla benefitów

Magda, 42 lata, od pięciu lat na telepracy, ma prawie dorosłą córkę:

Praca z domu nie musi oznaczać, że jesteś panem swojego czasu. Ja, podobnie jak zwykli pracownicy, mam nastawiony budzik zawsze na 7.00. Pierwsze 40 minut dnia niczym nie różni się od tych, które spędzałam, gdy musiałam dojeżdżać do firmy – toaleta, śniadanie itp. O ósmej muszę być już gotowa, od tej godziny mogą dzwonić współpracownicy albo klienci mojego pracodawcy. Teoretycznie mogłabym wstawać pięć minut wcześniej, ale gdyby ktoś zadzwonił o ósmej, to poznałby po głosie, że albo mnie obudził, albo wstałam przed chwilą i nie jestem gotowa do pracy. Jeśli zdarzy mi się zaspać, to potem śpiewam pod nosem przy kawie, żeby modulować głos. Córka w tym czasie wychodzi do szkoły, a ja zabieram się do zawodowych obowiązków. Ogromnym plusem telepracy jest brak konieczności dojazdu do siedziby firmy. Nie chodzi tylko o oszczędność czasu i pieniędzy. Raz na 2–3 tygodnie muszę stawiać się w firmie i gdy pomyślę o zatłoczonym metrze i ludziach ściśniętych w tramwaju, to od razu doceniam home office. Telepraca bardzo szybko odzwyczaja od codziennych niewygód. Kiedyś kompletnie nie zwracałam uwagi na to, jak dużo osób jeździ komunikacją miejską, czy działa w niej klimatyzacja, czy usiądę, czy postoję. Dziś, gdy patrzę na współpasażerów, myślę: jak ci ludzie mogą tak funkcjonować?

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej