Słowa dotrzymało – jest gorzej. Forsowany plan, aby w stulecie niepodległości arabskie konie uśmiechały się do kupujących w Warszawie, a nie w Janowie, to kolejny strzał rujnujący prestiż tej specyficznej ambasady polskości. Z partią Jarosława Kaczyńskiego na grzbiecie stadnina prawdopodobnie po prostu się wywróci.

Nieumiejętność dokonywania analizy własnych posunięć – zanim przyniosą nieodwracalne negatywne skutki – uśmierci też PiS. Gdyby dokonał chłodnej analizy arabskiej klapy, nie smakowałby teraz klęski izraelskiej i amerykańskiej. Rząd z ul. Nowogrodzkiej nie potrafi skonfrontować się z prawdą, że najwyższy czas na rekonstrukcję nie składu gabinetu z Al. Ujazdowskich, ale własną.

Z jednej strony widać, że lata „przemysłu pogardy” (nie ironizuję, walka z pisowską prawicą i jej prezydentem prowadzona była nieraz obrzydliwymi metodami) wywołały nad-silny mechanizm obronny. Jeżeli nas krytykują, to znaczy, że depczemy po odciskach mafii i układów, jeżeli krytykują nas mocno, to znaczy, że nie możemy ustąpić, a jeżeli krytykuje nas Staniszkis, to znaczy, że oszalała (albo kupił ją układ). Z drugiej strony uderza, jak bardzo długie dziesięciolecia rozproszkowania prawicy przyniosły królowanie narracji, w której krytyka płynąca z własnych szeregów to krok w stronę rozpadu i ponownej klęski.

Jedność polityczna, bardzo cenna zresztą, nie została połączona z tunelami jawnej rywalizacji i dyskusji. W rezultacie pod dywanem gryzą się buldogi, ale na dywanie widzimy tylko Terleckiego krytykującego Gowina, jedynego polityka obecnej większości, który negocjuje ustawy, a nie je dyktuje.

>>> Czytaj też: Coraz mniej spokojny dzień odpoczynku. Co Zachód robi w niedziele?