Przez analogię do taniej plastikowej muzyki można zidentyfikować także plastikową politykę. Jest podobnie tandetna i także próbuje udawać coś bardziej trwałego i autentycznego.

W plastikowej polityce nie chodzi o istotną ideę, lecz o działalność pojmowaną jako chęć publicznego zaistnienia i ewentualnego sprawowania władzy – to ostatnie wcale nie jest tak częstym celem plastikowych polityków, bo rządzenie wymaga pracy. Plastikowi politycy to ci, którzy nie mają żadnego celu wyższego, żadnej pasji etycznej i politycznej wynikającej z chęci zmiany świata wedle swych przekonań, a jedynie pomysł na siebie jako aktorów w codziennym teatrze polityki, w którym można zyskać popularność. Narcystycznie zapatrzeni w siebie nie są w stanie wyjść poza horyzont określony chęcią zbudowania własnej popularności. Część z nich gotowa jest zmieniać partie, gdy tylko zorientują się, gdzie mogą odnieść sukces w postaci stanowiska lub pozycji w hierarchii. W perspektywie najbliższych wyborów gotowi są przyjąć każde poglądy, w które w danym momencie opłaci się wierzyć lub raczej udawać, że się wierzy. Są zatem produktem przygodnych okoliczności, a często także całego zespołu doradców od wizerunku i marketingu politycznego.

Na ich usprawiedliwienie można powiedzieć, że stali się ofiarą procesu, którego skutki dotykają nie tylko świat polityki, ale nasze życie jako takie.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.