Jeden z urzędników polskiego Ministerstwa Inwestycji narzekał publicznie, że rodzimi przedsiębiorcy nie chcą pomocy państwa. Jego zdaniem rząd powinien ręka w rękę z biznesem budować PKB. To zdrowe podejście?

Randall G. Holcombe: Żartuje pan? Gdy w Wielkiej Brytanii i USA dwa wieki temu zaczynał się kapitalizm, w proces ten nie ingerowała władza. Bo gdy rząd zaczyna się biznesem interesować, to wtedy pojawiają się problemy. Decydenci zaczynają wskazywać tych wartych i tych niewartych wsparcia. Tych, którym życie chcą ułatwiać, i tych, którym chcą rzucać pod nogi kłody.

Typować zwycięzców i przegranych?

Tak. Gdy rząd chce pomagać, to szkodzi rozwojowi gospodarczemu, bo zmieniają się cele firm. Na wolnym rynku biznesmen musi myśleć o tym, jak zadowolić klienta. Gdy zaś pojawia się pomocny rząd, to przedsiębiorca zaczyna myśleć o tym, jak wkupić się w jego łaski. Klient przestaje być najważniejszy, a zaczynają się umizgi do urzędników.

A więc to rząd demoralizuje biznes, a nie biznes rząd?

To zbyt duże uproszczenie. Mechanizm tworzenia kapitalizmu kolesiów (crony capitalism), który nazywam w swojej książce kapitalizmem politycznym, jest raczej dwustronny – jak każda wymiana rynkowa. Zarówno biznesmen, jak i urzędnik odnoszą w jego ramach korzyści. Problem w tym, że są to frukta finansowane przez innych przedsiębiorców lub podatników. I w tym kontekście muszę powiedzieć, że postawa polskich przedsiębiorców jest po prostu rozsądna.

Rozsądna jest odmowa przyjęcia od państwa pieniędzy?

W krótkim terminie wejście w układ z państwem jest korzystne, ale w długim może zniszczyć firmę. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Dzisiaj przyzna ci dotację, więc zapomnisz o klientach, a jutro przywileje odbierze, ty jednak nie będziesz już umiał działać w warunkach konkurencji. W USA modelowym przykładem firmy, która latami korzystała ze wsparcia rządu, budując kapitalizm kolesiów, jest General Electric. Gdy rząd jej pomagał, jej kondycja była dobra, jednak teraz, gdy skończyła się kroplówka państwa, firma ma poważne problemy.

Mówi pan o kaptaliźmie kolesiów, jakby to był osobny system gospodarczy, a to przecież zachodnia wersja kapitalizmu.

Ależ to naprawdę osobny system. Przez lata rozumowano w kwestii systemów gospodarczych zimnowojennie – był socjalizm, kapitalizm i trzecia droga. Według mnie kapitalizm polityczny, który budujemy już od ponad wieku, to ani kapitalizm per se, ani socjalizm, ani żadna trzecia droga. To system, w którym władzę dzierży wąska i relatywnie niezmienna elita ekonomiczno-polityczna. Na idealnym wolnym rynku chcielibyśmy, by rząd zabezpieczał jedynie prawa własności i tworzył dla wszystkich równe warunki, pozwalając działać nam w warunkach wolności. W kapitalizmie politycznym dochodzi do symbiozy elity politycznej z ekonomiczną i one zaczynają świadczyć sobie wzajemne usługi na koszt całego społeczeństwa. Ten system może istnieć, bo to te same elity ustanawiają rządzące nami reguły, tworząc swoisty zaklęty krąg.

W realnym świecie ludzie oczekują od rządu czegoś więcej niż zaledwie ochrony. Chcą usług zdrowotnych, edukacji, usług pocztowych, zabezpieczenia finansów, dróg i kolei. Rząd realizację tych usług musi komuś powierzyć. Więc może świadczący je biznes po prostu musi bratać się z rządem i chociaż ma to swoje koszty, to daje odpowiednio większe korzyści?

Nieprawda. Nie znam nikogo, kto bez protestu zgodzi się na to, by ktoś na nim żerował, a przecież to jest istota politycznego kapitalizmu. Zwykłym ludziom kolesiostwo się zdecydowanie nie podoba. Pamięta pan ruch Occupy Wall Street, który pojawił się po kryzysie finansowym 2008 r.? Był to protest 99 proc. zwykłych ludzi przeciw 1 proc., a więc właśnie przeciw elicie żyjącej na koszt innych.

Kto konkretnie tworzy tę elitę?

Nieistotne są tu personalia, bo kapitalizm kolesiów nie bierze się z ułomności konkretnych, skorumpowanych ludzi, a z wad samego systemu. Wyjaśnijmy może dokładniej, na czym polega wyjątkowość kapitalizmu politycznego. Socjalizm, jak wiadomo, zabija gospodarkę i nie toleruje prywatnego biznesu. Wolny rynek w wersji idealnej służy konsumentom, a dopiero pośrednio firmom. Kapitalizm polityczny nie jest socjalizmem, bo jest dobry dla biznesu, ale nie jest też wolnym rynkiem, bo korzyści odnoszą tylko wybrańcy, a nie wszyscy konsumenci. Kibicami tego systemu są jednak ci, którzy mówią, że są probiznesowi.

Prezydent Donald Trump jest probiznesowy.

I to idealny przykład osoby działającej na rzecz kapitalizmu kolesiów. Trump chce wspierać biznes subsydiami i taryfami celnymi. To posłuży wybrańcom. W ekonomii rozwinięto teorię wyboru publicznego, która pokazuje, w jaki sposób odbywa się w gospodarce pogoń za rentą, lobbing, uzyskiwanie przywilejów regulacyjnych. W socjologii i politologii od ponad wieku rozwija się teorię elit, która wyjaśnia sposoby utrzymywania władzy przez wąską elitę. Połączenie tych dwóch teorii daje nam opis działania kapitalizmu politycznego.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.

>>> Czytaj też: Oto największe firmy w USA. Ranking pokazuje, jak głęboko zmieniła się gospodarka