Wieczór, 24 kwietnia. Eyvi Agreda wraca do domu autobusem. Nie wie, że w pojeździe jedzie też jej adorator. Przy zatłoczonym skrzyżowaniu 28 de Julio z Paseo de la República, niemal w centrum najbezpieczniejszej i najbardziej luksusowej dzielnicy Limy – Miraflores, chłopak oblewa ją benzyną i podpala. 22-letnia dziewczyna trafia do szpitala i choć przechodzi 12 operacji, umiera 1 czerwca. W wyniku ataku rannych zostaje też 10 pasażerów autobusu. Sprawcę ujęto następnego dnia. Tłumaczył policji, że podpalił Eyvi, bo odrzuciła jego zaloty.

Morderstwo wywołało litanię deklaracji polityków, w tym prezydenta Martina Vizcarry, który obiecał działania mające zapobiec podobnym zbrodniom. Jednak zabójca Agredy szybko znalazł naśladowcę. Do kolejnego morderstwa doszło w Cajamarce, niewielkim mieście na północy kraju leżącym u podnóża Andów. 29 czerwca do ulicznego kramiku 31-letniej Juanity Mendozy Alvay, matki trójki dzieci, podszedł były mąż jej siostry. Mężczyzna wylał na kobietę benzynę i podpalił. Juanita trafiła do szpitala w Limie z poparzeniami 80 proc. ciała i po dziewięciu dniach zmarła. Morderca zemścił się w ten sposób na byłej żonie za to, że od niego odeszła.

Podobne historie coraz częściej goszczą na czołówkach peruwiańskich mediów. Pisze się i mówi o nastaniu swoistej mody na zabijanie dziewcząt oraz kobiet – zwłaszcza przez podpalenie. Jednak wysoki i rosnący poziom przemocy wobec nich to żadna nowość w tym kraju, bo Peru zajmuje pod tym względem siódme miejsce w Ameryce Łacińskiej i trzynaste na świecie.

Kobieta jest jak rzecz

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.

>>> Czytaj też: Gospodarka USA ma się świetnie. Dlaczego mainstreamowe media atakują Trumpa? [OPINIA]