Cynicznemu dziennikarzowi łatwo byłoby zdeprecjonować ostentacyjne przejawy francusko-niemieckiej przyjaźni. Wszyscy wiemy, że przez ostatnie dwa i pół roku stosunki dwustronne były toksyczne, więc czemu niby mielibyśmy być pod wrażeniem? Uważam, że ta symbolika ma wielką wagę. Może nawet oznaczać nowy etap we współpracy pomiędzy tymi dwoma krajami. Nie, nie przewiduję powrotu do czasów Helmuta Kohla i Francois Mitterranda. Jednak racjonalna analiza opcji politycznych obojga przywódców nie pozostawia wątpliwości, że w obopólnym interesie jest przyjęcie jeżeli nie entente cordiale, to przynajmniej entente strategique, i to z trzech podstawowych powodów.

Pierwszym i najważniejszym jest beznadziejna pustka przywództwa w Europie. Spójrzcie na europejski krajobraz polityczny z perspektywy Paryża lub Berlina. Komisja Europejska bez przerwy udowadnia, że nie potrafi zapewnić skutecznego przywództwa. Ktokolwiek zostanie nominowany na stanowisko pierwszego prezydenta Rady Europejskiej zgodnie z traktatem lizbońskim, będzie mniej widoczny zarówno od Sarkozy’ego, jak i Merkel. A co z Wielką Brytanią? David Cameron, prawdopodobny zwycięzca przyszłorocznych wyborów w Wielkiej Brytanii, związał się w Parlamencie Europejskim z grupą, która w Berlinie i Paryżu postrzegana jest jako antyeuropejskie oszołomy. Najczęściej zadawane pytanie w Paryżu i Berlinie na temat Wielkiej Brytanii brzmi, czy rząd torysów wyjdzie z Unii. Zapomnijcie o odpowiedzi. Największe szkody wyrządza samo pytanie.

Drugi powód jest taki, że kraje te mogą mieć ze sobą więcej wspólnego, niż się na pozór wydaje. Ich gospodarki są strukturalnie różne, ale nie aż tak bardzo, jak się to zazwyczaj przedstawia. To prawa, że pogłębia się luka w polityce fiskalnej i stan ten prawdopodobnie się nie zmieni, nawet jeżeli rząd Niemiec utrzyma luźną politykę w latach 2010 i 2011. Jednak pomimo różnic w poglądach Merkel i Sarkozy będą w końcu musieli uzgodnić wiarygodną fiskalną strategię wyjścia albo zaryzykują napięcia, które mogą postawić pod znakiem zapytania przyszłość euro. Po trzecie Merkel i Sarkozy prawdopodobnie pozostaną przy władzy jeszcze przez jakiś czas. Jeżeli oboje wygrają następne wybory, pojawi się perspektywa kolejnych ośmiu lat bilateralnych stosunków. Jednocześnie są na tyle profesjonalni, by nie pozwolić, żeby osobiste animozje stanęły na drodze do współpracy.

Nie przewiduję, że oba kraje w jakiś cudowny sposób zaczną się zgadzać we wszystkim, w czym wcześniej się nie zgadzały. Przypominam sobie jednak pewnego amerykańskiego dziennikarza, który wiosną 1989 roku zauważył, że nigdy nie widział francusko-niemieckiej przyjaźni w praktyce. Oba kraje nie zgadzały się niemal we wszystkim. Francja naciskała na wspólną walutę, podczas gdy Niemcy starały się zahamować ten proces. To był czas, kiedy UE negocjowała zasady rynku wewnętrznego i polityki konkurencyjnej – Francja i Niemcy pozostawały wtedy w fundamentalnym sporze. W latach 70., 80. i 90. francuskie i niemieckie interesy często pozostawały w sprzeczności. Wartość stosunków dwustronnych polegała na okazjonalnej zdolności, by iść razem, gdy było to ważne. Bez tego nie byłoby europejskiego systemu monetarnego w latach 70. albo traktatu z Maastricht i wspólnej waluty w latach 90.

Potrzeba, by Francja i Niemcy szły dziś razem, jest silna i coraz bardziej oczywista dla rosnącej liczby ludzi w obu krajach. Wiemy, co się dzieje, gdy ta dwójka nie potrafi się dogadać w czasie kryzysu. Spójrzcie tylko na fatalną reakcję UE na kryzys finansowy i trwałe szkody dla rynku wewnętrznego i spójności strefy euro. Kolejny taki epizod mógłby poczynić jeszcze poważniejsze zniszczenia i wzbudzić wątpliwości w umysłach wielu ludzi co do długoterminowej spójności strefy euro. Jak powiedziała Merkel w swoim paryskim wystąpieniu w zeszłym tygodniu, oba kraje muszą w nadchodzących latach poprawić wzajemne relacje. Najwyższy czas.