JĘDRZEJ BIELECKI:

Czy Polacy mają szanse żyć na poziomie przeciętnego Szweda czy Francuza?

WITOLD ORŁOWSKI*:

To możliwe, ale niełatwe. Polska, a wraz z nią cała Europa Środkowa, zawsze była gospodarczo i cywilizacyjnie zacofana w stosunku do zachodniej części kontynentu. Zwykle o kilkadziesiąt, czasem nawet o kilkaset lat. Trzy razy w naszej historii byliśmy jednak jej blisko: w XIV w., w okresie zaborów, no i obecnie.

To zacznijmy od Kazimierza Wielkiego.

Miał sporo szczęścia, bo za jego panowania ominęły nas zarazy, które wtedy zdziesiątkowały Zachód. Przede wszystkim jednak był królem, który świadomie unikał wojen. Przez krótki czas próbował wytargować Śląsk od cesarza niemieckiego, ale szybko się wycofał. Zadowolił się Polską mniejszą, ale którą mógł umocnić. Zastępował drewniane umocnienia kamiennymi twierdzami. Konsekwentnie likwidował relikty feudalizmu w postaci myt pobieranych przez lokalnych panów za przejazd drogami. Promował handel, wspierał rozwój miast, co w tamtych czasach oznaczało przywileje dla niemieckich mieszczan w Polsce. Szacuje się, że wówczas Polaków było stać na 75 – 80 proc. tego, na co stać było Francuzów. Dziś to 50 proc.

To precyzyjne szacunki, a mówimy o zamierzchłych czasach. Czy takich ustaleń można dokonywać w sposób wiarygodny?

Dziś dochód narodowy zwykle oblicza się, wychodząc od wielkości produkcji. Ale można też zebrać informacje o tym, jak żyli ludzie, co jedli, ile zarabiali, ile kosztowały produkty. A takie dane można znaleźć w XIV-wiecznych kronikach miejskich, pamiętnikach, zapiskach. Oczywiście dotyczą one całego wieku, a nie poszczególnych lat. Brytyjski historyk Angus Maddison wykonał ogromną pracę i obliczył poziom rozwoju największych państw świata, poczynając od urodzenia Chrystusa aż do dziś. Z jego szacunków wynika, że około roku 1500 dochód narodowy na mieszkańca Europy Środkowej wynosił około 500 dzisiejszych dolarów rocznie, a Francji 725 dolarów.

W czym ustępowaliśmy Francji w średniowieczu?

Te różnice widać do dziś. Wówczas każde miasto z ambicjami fundowało wielki, kamienny i bogaty kościół, podczas gdy u nas były to liche drewniane konstrukcje. Nic dziwnego, że większość nie przetrwała. Ale wystarczy porównać też krakowski kościół Mariacki i paryską Notre Dame. W tamtym czasie o różnicy zamożności świadczyło przede wszystkim zaludnienie. W średniowieczu w Polsce mieszkało około miliona osób, czyli cztery na kilometr kwadratowy. We Francji odpowiednio sześć milionów i 12 osób na kilometr kwadratowy.

>>> Polecamy: Polska jedną z sześciu największych gospodarek w Unii Europejskiej

Probierzem różnic może być wielkość miast?

Tak, bo tylko gospodarki rozwinięte potrafiły utrzymać poważniejsze ośrodki. W Polsce XIV w. mimo relatywnej zamożności mieliśmy tylko niewielkie miasteczka i osady. Na Zachodzie było lepiej, ale też nie różowo, odczuwano tam wciąż echa upadku gospodarczego, jaki nastąpił po rozpadzie Cesarstwa Rzymskiego. Na rozwoju Polski, przynajmniej do XVIII w., a nawet później, ciążyło to, że nasz kraj nie leżał na terenach Cesarstwa Rzymskiego. Inni na wstępie mieli potężny kapitał, choćby w postaci sprawnej administracji, struktur państwa. My musieliśmy stopniowo tego się uczyć. Weźmy drogi. Rzym pozostawił w zachodniej Europie wspaniałą tradycję utrzymywania przez państwo sieci pierwszorzędnych duktów. We Włoszech wciąż jeszcze na wielu używanych szlakach pod warstwą asfaltu leży dwumetrowy podkład z kamienia zbudowany przez starożytnych niewolników! Dlatego gdy w XVIII w. Francuzi czy Hiszpanie przeważnie korzystali z utwardzonych dróg, w Polsce stało błoto. Wtedy określenie „polskie drogi” było synonimem największego zacofania.

Co nam nie wyszło, skoro byliśmy tak blisko Francuzów?

Na przełomie XV i XVI w. nasz kraj znalazł się na rozdrożu. Mógł postawić na rozwój przemysłu, ale wybrał inną drogę. Europa Zachodnia wychodziła wtedy z długiego okresu ciężkich wojen, była zniszczona i potrzebowała żywności. A dzięki dostawom złota z kolonii, głównie hiszpańskich, miała czym za nią płacić. My z tego skorzystaliśmy. Byliśmy największym krajem ówczesnej Europy zasobnym w ogromne puszcze. Zaczęło się ich karczowanie i obsiewanie zbożem, które osiągało wyższe ceny na Zachodzie. Wzbogaceni do nieprzyzwoitości magnaci stopniowo przejmowali kontrolę nad Rzeczpospolitą. To w ostatecznym rachunku miało fatalne konsekwencje dla kraju, najpierw gospodarcze, a potem polityczne. Aby maksymalizować zyski z eksportu zboża, właściciele ziemscy wymuszali na chłopach prawie niewolniczą pracę, wróciła pańszczyzna. Zasoby taniej ziemi stały się więc w ostatecznym rachunku naszym przekleństwem. Zachód budował wtedy podstawy przemysłu, a my z systemu przedkapitalistycznego cofnęliśmy się do etapu gdzieś między feudalizmem a niewolnictwem. Znów znaleźliśmy się na peryferiach Europy.

W ekonomii takie zjawisko jest znane pod nazwą „choroby holenderskiej”. Gdy w Holandii w latach 70. XX w. odkryto potężne złoża gazu i ropy, okazało się, że wcale nie przyczyniły się one do przyspieszenia rozwoju kraju. Przeciwnie, taki dar rozleniwia, zniechęca do rozwoju nowych technologii, poprawy wydajności pracy. Dziś ekonomiści już wiedzą, że w dłuższym okresie rozwój można osiągnąć tylko dzięki talentom i pracy ludzi.

W szczytowym okresie rozwoju dawnej Rzeczypospolitej Polacy żyli tak samo jak Francuzi?

Niewiele gorzej. Powstawały budowle, które niemal nie różniły się od francuskich. Zamojscy, którzy zgromadzili majątek na handlu zbożem, postawili Zamość. Szlachta, szczególnie żyjąca wzdłuż Wisły, zamieniła drewniane chałupy na murowane dworki. Zresztą sprowadzała tak wiele dóbr z zagranicy, że węgierski tokaj był sprzedawany właściwie już tylko do Polski. Gdańsk czy Kazimierz, miasta żyjące z pośrednictwa w sprzedaży zboża między polską szlachtą a holenderskimi kupcami, należały do najbogatszych ośrodków w Europie.

Do kiedy trwała ta sielanka?

Szok był niezwykle brutalny. Między połową XVII a połową XVIII w. Polska w różnych wojnach straciła połowę ludności! Najwięcej zginęło z powodu chorób, nawet głodu. Przeciętna długość życia spadła do 40 lat! Poziom życia też. W połowie XVIII w. naszych rodaków stać było zaledwie na 25 proc. tego, na co stać było Francuzów! Maddison podaje, że dochód narodowy na mieszkańca wynosił w Polsce 1/7 tego, co w Holandii, najbogatszym kraju Europy. Ale trzeba pamiętać, że nawet w Holandii poziom życia wynosił zaledwie 2,5 tys. dzisiejszych dolarów na mieszkańca, czyli tyle, ile mają dziś nieco lepiej rozwinięte kraje Afryki. To daje pojęcie, jak musiała wtedy wyglądać Polska. Zachodni podróżnicy opisują szok, jakiego doznawali, przyjeżdżając do nas. Termin „polski most” oznaczał wówczas w Niemczech całkowity upadek.

*Witold Orłowski, profesor ekonomii, były doradca prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Wydał właśnie książkę „W pogoni za straconym czasem” o nadrabianiu przez Polskę dystansu w rozwoju wobec Zachodu.

Czytaj więcej: "Pierwszy raz możemy dogonić Zachód"