Wzmagającą się nieufność inwestorów wobec brytyjskiej gospodarki najlepiej można prześledzić na przykładzie kursu funta. Od początku roku waluta straciła wobec dolara 7,5 proc. Kulminacją trendu była sześciodniowa – najdłuższa od kryzysowej jesieni 2008 roku – seria spadku wartości brytyjskiej waluty, która zakończyła się dopiero wczoraj. Pesymiści przewidują jednak, że to nie koniec kłopotów funta, który do końca roku ma spaść nawet do poziomu 1,2 dol. i 0,9 euro.

>>> Polecamy: Spadek PKB w Wielkiej Brytanii największy od 1958 roku

– Wzrost dławią obliczone na łatanie dziur w budżecie podwyżki podatków, które zmniejszają ochotę Brytyjczyków do konsumpcji – mówi nam Rossi. Nie widać też końca kryzysu na będącym tradycyjnym kołem zamachowym rynku mieszkaniowym. Według Nationwide Building Society w lutym ceny mieszkań znów zaczęły spadać. Oddechu nie może złapać też londyńskie City, które przed kryzysem generowało ok. 10 proc. brytyjskiego PKB (dziś to ok. 6 proc.).

>>> Czytaj także: Za 20 lat dług publiczny Wielkiej Brytanii może przekroczyć 270 proc. PKB

Wszystkie te negatywne tendencje nie pozwalają myśleć pozytywnie o zwalczeniu największego problemu Brytanii, którym jest jeden z najwyższych w Europie poziomów zadłużenia. Tegoroczny deficyt budżetowy 12,6 proc. PKB będzie porównywalny z greckim, a Komisja Europejska przewiduje, że dług publiczny sięgnie w 2011 roku 88 proc. Na szczęście dla Londynu Wielka Brytania wciąż cieszy się dużo wyższym od Greków wysokim zaufaniem rynków (rating AAA). Nic jednak nie jest dane raz na zawsze. – Radzę omijać brytyjskie papiery dłużne. Są jak nitrogliceryna – mówił już kilka miesięcy temu Bill Gross, założyciel jednego z największych na świecie funduszy powierniczych Pimco. Pytanie, czy reszta inwestorów zacznie myśleć podobnie, a jeśli tak, to kiedy.

współpraca mk

>>> Czytaj całość: Wielka Brytania będzie nową Grecją?